06.08.2026, 09:41 ✶
Przejęcie przeszło płynnie w zaskoczenie, gdy rzuciła w jego stronę tym cichym oskarżeniem. Ba! Była niemalże pewna, że mógłby podać jej jakąś truciznę, co przecież nie miało absolutnie sensu, bo jeśli ktokolwiek powinien zostać usunięty z tego równania to tylko i wyłącznie on. Nie miało znaczenia, że żył dłużej, że przecież cała istotą tego układu było to, żeby właśnie się nie usuwał, nie tak na stałe, nie ostatecznie. Może powinien zmartwić się bardziej, ale z drugiej strony jej reakcja była urocza… Naturalny wdzięk z jakim uformowała swoje pytanie wstrząsnął nim do tego stopnia, że całym sobą musiał się powstrzymać by nie ująć tej pięknej porcelanowej buźki w dłonie i nie zaśmiać się serdecznie z tej rozkosznej insynuacji.
– Och, mon pettie L… Jak mogłaś w ogóle tak pomyśleć? – wydusił zamiast tego, wciąż trzymając w dłoni pudełeczko z przeklętymi - metaforycznie i dosłownie - czekoladkami. Wydusił zamiast pomyśleć, że przecież PYTANIA obecnie były bardzo niebezpieczne, a myśli o które pytał mogły być powiązane z uczuciami, których wydobycie na wierzch było kluczowe w istnieniu tych podstępnych delicji.
Słowo się jednak rzekło, pozwolił sobie więc wysłuchać odpowiedzi, nim sam udzielił niezbędnej informacji. Kluczowej, dla kolejnych dwunastu godzin ich istnienia. Dobrze, że noc nie była już pierwszej młodości. Niekoniecznie dobre, że dniowali w tym samym budynku i wcale nie musieli iść spać o świcie…
– Nie są zatrute, one tylko… one sprawiają, że przez 12 godzin nie można kłamać na temat uczuć, które nosi się w sercu, wręcz przeciwnie przymus wyciąga z serca wszelkie pragnienia i potrzeby, jak zęby z dziąseł. – westchnął spoglądając na pozostałe łakocie – Pomyślałem, że przydałyby Ci się takie cuda w pracy. Przed sądem nie miałoby to znaczenia, ale w toku śledztwa… – Nagle przyszedł mu do głowy przewrotny pomysł, by na wszelkie świętości i plugawości zakląć się, że samemu wziął jedną na spróbunek, zaraz przebudzeniu i być może całkiem prawdopodobne to był powód dla którego zareagował tak dziwnie, po jej pojawieniu się w ogrodzie. Rozwiązanie idealne wręcz, rozwiewające obecną niezręczność, wskazującą na współnoszenie ciężaru troski i… Jego plastyczna twarz, przez którą przetaczały się te wszystkie emocje, choć oczywiście bez narratora sączącego tę wewnętrzną podróż, zwróciła się ponownie do Lucy.
Otworzył usta by spleść zgrabne kłamstwo, przebijające bańkę ciszy.
Zamknął je.
Spojrzał jeszcze raz na czekoladki.
Znów na nią.
Czy decyzja o tym co poradzić w tej sytuacji nie była oczywista? Przecież nie musiał kłamać. Nie jej.
Zamiast więc powiedzieć cokolwiek, w dwa palce złapał swoją niedolę na najbliższy czas i nie poświęcając zbyt wiele myśli konsekwencji swojego działania…
… zjadł czekoladkę.
Musiał przyznać, że jest na prawdę smaczna.
– Och, mon pettie L… Jak mogłaś w ogóle tak pomyśleć? – wydusił zamiast tego, wciąż trzymając w dłoni pudełeczko z przeklętymi - metaforycznie i dosłownie - czekoladkami. Wydusił zamiast pomyśleć, że przecież PYTANIA obecnie były bardzo niebezpieczne, a myśli o które pytał mogły być powiązane z uczuciami, których wydobycie na wierzch było kluczowe w istnieniu tych podstępnych delicji.
Słowo się jednak rzekło, pozwolił sobie więc wysłuchać odpowiedzi, nim sam udzielił niezbędnej informacji. Kluczowej, dla kolejnych dwunastu godzin ich istnienia. Dobrze, że noc nie była już pierwszej młodości. Niekoniecznie dobre, że dniowali w tym samym budynku i wcale nie musieli iść spać o świcie…
– Nie są zatrute, one tylko… one sprawiają, że przez 12 godzin nie można kłamać na temat uczuć, które nosi się w sercu, wręcz przeciwnie przymus wyciąga z serca wszelkie pragnienia i potrzeby, jak zęby z dziąseł. – westchnął spoglądając na pozostałe łakocie – Pomyślałem, że przydałyby Ci się takie cuda w pracy. Przed sądem nie miałoby to znaczenia, ale w toku śledztwa… – Nagle przyszedł mu do głowy przewrotny pomysł, by na wszelkie świętości i plugawości zakląć się, że samemu wziął jedną na spróbunek, zaraz przebudzeniu i być może całkiem prawdopodobne to był powód dla którego zareagował tak dziwnie, po jej pojawieniu się w ogrodzie. Rozwiązanie idealne wręcz, rozwiewające obecną niezręczność, wskazującą na współnoszenie ciężaru troski i… Jego plastyczna twarz, przez którą przetaczały się te wszystkie emocje, choć oczywiście bez narratora sączącego tę wewnętrzną podróż, zwróciła się ponownie do Lucy.
Otworzył usta by spleść zgrabne kłamstwo, przebijające bańkę ciszy.
Zamknął je.
Spojrzał jeszcze raz na czekoladki.
Znów na nią.
Czy decyzja o tym co poradzić w tej sytuacji nie była oczywista? Przecież nie musiał kłamać. Nie jej.
Zamiast więc powiedzieć cokolwiek, w dwa palce złapał swoją niedolę na najbliższy czas i nie poświęcając zbyt wiele myśli konsekwencji swojego działania…
… zjadł czekoladkę.
Musiał przyznać, że jest na prawdę smaczna.