18.03.2023, 16:19 ✶
Chwile takie jak ta sprawiały, że słowa grzęzły w gardle. Nikt nie wiedział, czy przyjdzie im się jeszcze zetknąć w tym samym gronie, co teraz. Zresztą, czy naprawdę jakiekolwiek słowa byłyby w stanie oddać wszystko, co kłębiło się gdzieś we wnętrzu?
Ostatnie chwile spokoju, na których kładł się cień.
Chwile, w których myśli z rodzaju „co by było, gdyby…” męczyły bardziej niż najbardziej natrętna mucha. Bo i takie się pojawiły, gdy spojrzała w oczy Alastora, gdy odwzajemniła uśmiech, gdy poprawiała tę cholerną grzywkę, żeby tylko nie obwieszczał całemu światu, iż coś sobie na tę łepetynę nakapał.
Tak, to kiedyś było ich święto.
A teraz to nawet nie było święto, tylko oczekiwanie na najgorsze. Smak goryczy w ustach, pewnego żalu, a jednak gdzieś z tyłu głowy pozostawała świadomość, że tak jednak musiało być. Że choć na dłuższą metę postąpiła źle, to jednak przecięcie tej konkretnej nici było wyborem, który musiała dokonać.
Co nie oznaczało, że przestała cokolwiek czuć; coś się nadal w głębi gdzieś tliło, to samo coś, co podpowiadało, że może by tak nie tylko grzywkę poprawić. Że może przesunąć po ramionach, po piersi, wygładzić materiał munduru, upewnić się, że leży nieskazitelnie.
- Nie ma za co – odparła miękko. I… roześmiała się zaraz. Brenna, och, Brenna, kwiatuszku. Tak, jebać Voldemorta, dokładnie, trzeba mu pokazać, gdzie jego miejsce.
Pokręciła głową, odmawiając papierosa, na wargach znów zadrgał uśmiech.
- Ja stawiam kolejną – rzuciła lekko, starając się nie myśleć o tym, że być może nie będzie komu tych kolejek wypić. Albo będą to kolejki pite w imię tych, których zabraknie.
- Uważaj na siebie – dorzuciła jeszcze, cicho, po czym poszła w ślady tych, którzy już zdążyli odejść.
Ostatnie chwile spokoju, na których kładł się cień.
Chwile, w których myśli z rodzaju „co by było, gdyby…” męczyły bardziej niż najbardziej natrętna mucha. Bo i takie się pojawiły, gdy spojrzała w oczy Alastora, gdy odwzajemniła uśmiech, gdy poprawiała tę cholerną grzywkę, żeby tylko nie obwieszczał całemu światu, iż coś sobie na tę łepetynę nakapał.
Tak, to kiedyś było ich święto.
A teraz to nawet nie było święto, tylko oczekiwanie na najgorsze. Smak goryczy w ustach, pewnego żalu, a jednak gdzieś z tyłu głowy pozostawała świadomość, że tak jednak musiało być. Że choć na dłuższą metę postąpiła źle, to jednak przecięcie tej konkretnej nici było wyborem, który musiała dokonać.
Co nie oznaczało, że przestała cokolwiek czuć; coś się nadal w głębi gdzieś tliło, to samo coś, co podpowiadało, że może by tak nie tylko grzywkę poprawić. Że może przesunąć po ramionach, po piersi, wygładzić materiał munduru, upewnić się, że leży nieskazitelnie.
- Nie ma za co – odparła miękko. I… roześmiała się zaraz. Brenna, och, Brenna, kwiatuszku. Tak, jebać Voldemorta, dokładnie, trzeba mu pokazać, gdzie jego miejsce.
Pokręciła głową, odmawiając papierosa, na wargach znów zadrgał uśmiech.
- Ja stawiam kolejną – rzuciła lekko, starając się nie myśleć o tym, że być może nie będzie komu tych kolejek wypić. Albo będą to kolejki pite w imię tych, których zabraknie.
- Uważaj na siebie – dorzuciła jeszcze, cicho, po czym poszła w ślady tych, którzy już zdążyli odejść.
Postać opuszcza sesję