02.08.2026, 01:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.08.2026, 01:20 przez Hannibal Selwyn.)
Znajomość z Gabrielem, jakkolwiek krótka i fragmentaryczna, nauczyła Hannibala tyle, że choć wampir był nieprzewidywalny, można się było po nim spodziewać, że doceni wartość artystyczną performance’u w całej jego rozciągłości, od mozołu przygotowań, przez wystudiowany, dopieszczony blichtr sceny, po ukrytą przed wzrokiem widowni ruinę, w jakiej przedstawienie pozostawiało artystę - samotną, prywatną, całkiem innego rodzaju, niż starannie przygotowana przez cały zespół ludzi sceniczna ruina rozdartych szat i zakrwawionych merlinowych pleców.
Ruinę, którą aktualnie opromieniał zapachem róż, ze spotkania na spotkanie coraz łatwiejszym do skojarzenia, swoją bliskością i pełnią uwagi, uzależniającą i niezawodnie skuteczną, nieważne, jak bardzo (i czy w ogóle) Hannibal chciałby udawać, że jest inaczej.
Ciche słowa wampira sprawiły, że powietrze opuściło płuca młodzieńca w nierównym, ciepłym wydechu. Odchylił posłusznie głowę, pozwalając percepcji Gabriela błądzić po swojej szyi. Podejrzewał, że wie, czego poszukuje wzrok hrabiego. Jego palce drgnęły, jakby chciał - co właściwie? Osłonić się? Rozproszyć iluzję nienaruszonej połaci skóry? Dotknąć bliźniaczych białych blizn, które teraz lekko mrowiły pod baczną obserwacją swego autora, ukryte, ale jak najbardziej realne? - ale dłoń pozostała opuszczona.
"nie pozwól by jakiekolwiek inne zęby przebiły Twoją skórę"
Emocje ofiary wpływały na smak krwi odczuwany przez wampira. Ten fakt rzucał pewne światło na motywy kierujące krwiopijcą, jego wizytę za kulisami, jego staranne opanowanie tym razem, świeże kwiaty na toaletce, takie same, jak te, które - ususzone - od miesiąca zdobiły górny róg lustra i zdążyły się już wtopić w świadomość Selwyna jako stały, pamiątkowy element wystroju.
Nie powinien się temu poddawać. Powinien domagać się wyjaśnień, powiedzieć “Zaprosiłem cię na spektakl, nie do siebie do garderoby”, może zadawać kłopotliwe pytania, może wyrzucić go w przypływie słusznego gniewu albo zaprosić, by usiadł i spędzić czas na cywilizowanej, kulturalnej rozmowie… ale zagrał i wytańczył dwie “Ekstazy” pod rząd. Czuł się spełniony, przez chwilę szczęśliwy, zarazem całkowicie wyczerpany i niezniszczalny, i jeżeli jego przypuszczenia były słuszne, to - z odległym, drgnieniem czegoś, co kiedyś, dawno temu mogło być wstydem, ale teraz służyło tylko jako dodatkowa rozpałka - stwierdził, że nie miałby nic przeciwko.
Dwóch mogło grać w tę grę.
Dlatego zamiast zrobić to, co być może powinien, spojrzał w twarz hrabiego z rozleniwionym, sytym uśmiechem, bo wszak tamten trafił w dziesiątkę. Hannibal kochał zaraz po.
- Nie żartuj - odparł niemal szeptem w niewielką przestrzeń między nimi - wszystko mnie boli, zebrałem owacje na stojąco, a podczas wcześniejszego przedstawienia jedna osoba wyszła z sali przy biczowaniu. Czego tu nie lubić? - zaśmiał się cicho, jakby zdegustowany widz był powodem do dumy, a fakt, że ledwo chodził - do zachwytu.
Uniósł dłoń chwiejnym, trochę nieprecyzyjnym gestem, o cal mijając ciężkie warstwy drogiego materiału, w które odziany był Gabriel, a za to bezbłędnie znajdując cel w odsłoniętym spod mankietu fragmencie nadgarstka. Dotknął chłodnej, pozbawionej pulsu skóry - nie żeby odepchnąć, ani zachęcić, po prostu żeby poczuć jej kontrast z własną, wciąż, a może znowu rozgrzaną. Dał temu kontaktowi moment, zanim odsunął się - niechętnie, niespiesznie - odwrócił się do gościa pokrytymi smugami i rozbryzgami czerwieni plecami i podszedł do misy z wodą i gąbki.
- Pozwolisz? - rzucone przez ramię pytanie równie dobrze mogło być zadane pro forma, jak i realnym wyborem oddanym wampirowi.
Ruinę, którą aktualnie opromieniał zapachem róż, ze spotkania na spotkanie coraz łatwiejszym do skojarzenia, swoją bliskością i pełnią uwagi, uzależniającą i niezawodnie skuteczną, nieważne, jak bardzo (i czy w ogóle) Hannibal chciałby udawać, że jest inaczej.
Ciche słowa wampira sprawiły, że powietrze opuściło płuca młodzieńca w nierównym, ciepłym wydechu. Odchylił posłusznie głowę, pozwalając percepcji Gabriela błądzić po swojej szyi. Podejrzewał, że wie, czego poszukuje wzrok hrabiego. Jego palce drgnęły, jakby chciał - co właściwie? Osłonić się? Rozproszyć iluzję nienaruszonej połaci skóry? Dotknąć bliźniaczych białych blizn, które teraz lekko mrowiły pod baczną obserwacją swego autora, ukryte, ale jak najbardziej realne? - ale dłoń pozostała opuszczona.
"nie pozwól by jakiekolwiek inne zęby przebiły Twoją skórę"
Emocje ofiary wpływały na smak krwi odczuwany przez wampira. Ten fakt rzucał pewne światło na motywy kierujące krwiopijcą, jego wizytę za kulisami, jego staranne opanowanie tym razem, świeże kwiaty na toaletce, takie same, jak te, które - ususzone - od miesiąca zdobiły górny róg lustra i zdążyły się już wtopić w świadomość Selwyna jako stały, pamiątkowy element wystroju.
Nie powinien się temu poddawać. Powinien domagać się wyjaśnień, powiedzieć “Zaprosiłem cię na spektakl, nie do siebie do garderoby”, może zadawać kłopotliwe pytania, może wyrzucić go w przypływie słusznego gniewu albo zaprosić, by usiadł i spędzić czas na cywilizowanej, kulturalnej rozmowie… ale zagrał i wytańczył dwie “Ekstazy” pod rząd. Czuł się spełniony, przez chwilę szczęśliwy, zarazem całkowicie wyczerpany i niezniszczalny, i jeżeli jego przypuszczenia były słuszne, to - z odległym, drgnieniem czegoś, co kiedyś, dawno temu mogło być wstydem, ale teraz służyło tylko jako dodatkowa rozpałka - stwierdził, że nie miałby nic przeciwko.
Dwóch mogło grać w tę grę.
Dlatego zamiast zrobić to, co być może powinien, spojrzał w twarz hrabiego z rozleniwionym, sytym uśmiechem, bo wszak tamten trafił w dziesiątkę. Hannibal kochał zaraz po.
- Nie żartuj - odparł niemal szeptem w niewielką przestrzeń między nimi - wszystko mnie boli, zebrałem owacje na stojąco, a podczas wcześniejszego przedstawienia jedna osoba wyszła z sali przy biczowaniu. Czego tu nie lubić? - zaśmiał się cicho, jakby zdegustowany widz był powodem do dumy, a fakt, że ledwo chodził - do zachwytu.
Uniósł dłoń chwiejnym, trochę nieprecyzyjnym gestem, o cal mijając ciężkie warstwy drogiego materiału, w które odziany był Gabriel, a za to bezbłędnie znajdując cel w odsłoniętym spod mankietu fragmencie nadgarstka. Dotknął chłodnej, pozbawionej pulsu skóry - nie żeby odepchnąć, ani zachęcić, po prostu żeby poczuć jej kontrast z własną, wciąż, a może znowu rozgrzaną. Dał temu kontaktowi moment, zanim odsunął się - niechętnie, niespiesznie - odwrócił się do gościa pokrytymi smugami i rozbryzgami czerwieni plecami i podszedł do misy z wodą i gąbki.
- Pozwolisz? - rzucone przez ramię pytanie równie dobrze mogło być zadane pro forma, jak i realnym wyborem oddanym wampirowi.