01.08.2026, 19:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.08.2026, 19:59 przez Lorien Mulciber.)
Chciała odpuścić. Bogowie jedni wiedzieli jak bardzo! Próbowała sobie wytłumaczyć, że pochodzą z kompletnie różnych światów, a Aaron nie musi być być zaznajomiony z ich obyczajami.
Może Longbottomowie, z którymi żył w tak bliskich relacjach, praktykowali mniej formalny sposób bycia i nie przywiązywali aż takiej wagi do gestów jak czyniono to w jej rodzinie. Ale ona przywiązywała. No i tu leżał pies pogrzebany, bo gdyby Aaron chciał, to by się nauczył. Miał na to całe życie i około 96 godzin od czasu ich pierwszej “nie-randki”. Na jej gust to wystarczyło, żeby przestudiować od deski do deski podręcznik savoir-vivre dla czystokrwistych młodzieńców.
Zwłaszcza, że tu nie chodziło o samo ucałowanie dłoni na przywitanie. Nie chodziło nawet o to, że nie wstał. Chodziło tylko i wyłącznie o to, że potraktował ją jak pierwszego lepszego gościa i pech chciał, że zrobił to w dniu, gdy przy stole rodzinnym znieważył ją jej własny szwagier.
Pozbyła się mojego brata, sugerowała wydziedziczenie mojego syna. Nie powinna mieć prawa głosu. Nie powinna tutaj siedzieć. Nie należy do naszej rodziny.
Miał rację. Nie we wszystkim oczywiście. Palca nie przyłożyła do śmierci Roberta, bo i po co? Stary głupiec był tylko starym głupcem, który dał jej nazwisko w zamian za coś tak bezużytecznego jak pieniądze. Ale miejsce pani na Mulciber Manor wciąż do niej nie należało. Wszystko to, w co próbowała tak usilnie wierzyć było tylko i wyłącznie zwykłym kłamstwem; słowami bez pokrycia, które Alexandra nic nie kosztowały. Była tylko wdową i żadna sukienka nie mogła tego zmieć. A teraz nawet Moody nie potrafił okazać jej należnego szacunku.
Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że Aaron nie zrobił tego z pogardy - co do tego nie miała żadnych wątpliwości. On tego nie zrobił, bo nawet nie przyszło mu do głowy, że powinien. Należeli do kompletnie różnych klas społecznych. Jak mogła wierzyć, że będą w stanie to przeskoczyć?
- Chcę ciebie. Chcę obu.
A jej chciało się płakać.
Dlatego z początku dalej nic nie odpowiedziała, niebezpiecznie owego płaczu bliska. Zamiast tego, wciąż wsparta o blat biurka sięgnęła po jedną z ramek, tą wykonaną dziecięcą ręką. Nie wiedziała nic o świętej pamięci pani Moody, poza faktem, że nie żyje od ponad dwudziestu lat. Nie żyła, a nadal wisiała nad mężem jak uparty duch. Nie znała dobrze jego córki. Ba, ledwo co kojarzyła jej starszego brata, a przecież miał być wybitnym aurorem pokroju swojego ojca. Mijali się na korytarzach Hogwartu, zawsze sobie obcy. Uświadomiła sobie, że nie wie nic o życiu Aarona Moody’ego ani o jego rodzinie. Rodzina jest najważniejsza, Lorien. Nie było tu miejsca na czystokrwistą babę, w dodatku taką co z granicy życia i śmierci zrobiła sobie skakankę. Nie było miejsca na kolejny problem.
Miał rodzinę - powinien się nią zająć, a nie spędzać samotnie czas w gmachu Ministerstwa Magii. Ona? Zupełnie przeciwnie. Nie miała już absolutnie nikogo komu mogłoby zależeć.
Odstawiła wreszcie ramkę z powrotem na biurko, równie delikatnie co wcześniej, gdy ją podniosła, nie chcąc jej przez przypadek zniszczyć. Czuła lepiący się do palców brokat, ale zignorowała błyszczące drobiny.
- Dlaczego zachowujesz się tak, jak gdybyś próbowała mnie poniżyć.
- Słucham? - Pozwoliła pytaniu zawisnąć na moment między nimi, czując jak ciepło uderza jej do policzków. Nie potrafiła tylko powiedzieć czy nabrała rumieńców z zawstydzenia czy raczej ze złości. Przez chwilę zbierała się, żeby odpowiedzieć cokolwiek sensownego. W dodatku kręcił nad nią z niedowierzaniem głową, zupełnie jakby to ona popełniła absurdalne faux pas.- Sądzisz, że ja próbuję Cię poniżyć, ale ty zachowujesz się w porządku witając mnie bez dozy szacunku?- Nie powinna była tu przychodzić. A skoro przyszła - powinna się po prostu zamknąć. Mimo to mówiła dalej. Nie potrafiła go okłamywać, ba! Nie chciała go wcale okłamywać.- Aaronie, już mi dzisiaj próbowano dać do zrozumienia, że na niego nieszczególnie zasługuję. Ale myślałam, że jest między nami… nie wiem, że między nami jest coś dobrego… Tymczasem od progu traktujesz mnie jak petenta. I to takiego, którego chyba nawet nie chcesz widzieć. Nie pytanie sprawia mi przykrość, a…- Głos jej zadrżał, więc zamilkła. Nie dokończyła, choć to co chciała powiedzieć było oczywiste. Jeszcze tego brakowało, żeby się tu rozpłakała jak dziecko, bo auror nie zwlókł się na jej widok z fotela.- To bez znaczenia.- Ucięła, biorąc jeden głębszy oddech.
- Obie mówią twoim głosem. Czy nie mówią jednocześnie?
Powtarzała pytanie w myślach raz po raz, niczym zdartą płytę.
- Co jeśli nie mówią?- Zapytała cicho.- Nie ja doniosłam na Woody’ego.- Już to dzisiaj mówiła. Coś podobnego. Nie ja zabiłam Roberta Mulcibera. Pieprzona Sancta Lorien Dolorosa. W jej głosie pojawiła się ta dziwna mieszanka bólu i zmęczenia. Nie patrzyła na niego, ani na ułożoną tuż przy sobie dłoń. Nie zbliżyła się bardziej.- A teraz… Chcę tego czego każda skrzywdzona kobieta. Chcę, żeby Korolev zgnił w nieoznaczonym grobie.- Wyciągnęła dłoń przed siebie. Dziś zdawała się wyjątkowo naga, pozbawiona złotych pierścionków, w których tak lubowała się Lorien. Rozchyliła palce, obracając je powoli w świetle zielonej lampki. Osiadało na skórze miękko, wydobywając każdy staw, żyłę, naderwaną skórkę przy paznokciu, blizny po rozdrapanych ranach i piórach.- Nie chcę żeby umarł. A jeśli już, to niezbyt szybko, tak sądzę. Czy to złe, że chciałabym aby konał przez kolejne dni? To przecież byłaby adekwatna kara za jego zbrodnię. Za wymuszenie mojej przemiany. Chciałabym, by przed śmiercią czuł ten sam ból, który ja czuję, gdy łamią się i mutują kości. Każde jedno rozdarcie skóry. Niekończącą się agonię transmutacji, która cię powoli zabija. Moment, gdy twój umysł przestaje być twój i po prostu zasypiasz, nie wiedząc czy kiedykolwiek zdołasz wrócić. Prawo talionu jest stare jak świat. Jest czymś pierwotnym, naturalnym. Jak mogłabym aresztować kogoś kto powziął taką krucjatę w imię moje? - Zmusiła się do uśmiechu, lekkiego uniesienia kącików ust, jakby sama wizja konającego Koroleva była w stanie uleczyć jakąś cząstkę jej duszy.- Ale nie jestem tylko kobietą. Jestem sędzią i znam nasze prawo. A Aurorzy są przedłużeniem woli Wizengamotu, nie ofiar. Wiesz o tym najlepiej.- Sięgnęła po różdżkę Aarona leżącą na blacie biurka.
Może nie powinna, w końcu ani ona ani właściciel nie należeli do niej. A jednak było coś ekscytującego w przekroczeniu kolejnej granicy. Spodziewała się większego oporu, dystansu między sobą a starą magią zamkniętą w drewnie. Nie było nic takiego. Ważyła ją przed moment w dłoni, wciąż ciepłą i lekko lepką od zaciśniętych nań chwilę wcześniej palców Aarona.
Drewno zdążyło nasiąknąć każdym poprzednim właścicielem.
Z dziada na wnuka, przechodziła przez ręce kolejnych pokoleń aurorów. Przesunęła kciukiem po gładkim trzonku, badając ledwie wyczuwalną fakturę drewna.
Nie należała do niej. Nie powinna się podporządkowywać jej woli. Prostym zaklęciem przywołała do siebie jedno z krzeseł dla petentów. Przez moment - nic. Zaraz potem, krzesło drgnęło, oderwało się od podłogi i poszybowało w ich stronę. Opadło ciężko dokładnie tam gdzie tego chciała. Odłożyła różdżkę z powrotem na blat.
Usiadła, zakładając nogę na nogę.
- “Proces nie jest przywilejem niewinnych. Jest ochroną społeczeństwa przed tym, by o winie człowieka decydował gniew, strach lub siła przeciwników”.- Och z jaką łatwością pani Mulciber cytowała komentarze Ignatiusa Tufta do Ustawodawstwa brytyjskiego Ministerstwa Magii.- Adekwatną karą byłoby zesłanie na Morze Północne. To recydywa. 7-10 lat. Może dożywocie, gdyby dowody były mocniejsze niż zeznania poszkodowanego. Pocałunek dementora - jeśli oskarżony okaże się winny kolaboracji z poplecznikami Voldemorta. Ale prawo nakazuje zapewnić mu proces, a jedynym zadaniem aurora jest go na ów proces doprowadzić. Gdy w tym zawiedzie, gdy nadużyje swojej władzy, gdy sam uzna co jest adekwatną karą i dokona samosądu - wówczas tak, zaaresztowałabym go, choć złamałoby mi to serce. Bo Auror, panie Moody ślubuje stać na straży porządku prawnego reprezentowanej przez Ministerstwo Magii republiki magicznej, nie honoru jednej kobiety.
Nachyliła się w jego stronę, odkładając z powrotem dłoń na biurku. Tuż obok jego. Przypatrywała się mu teraz znacznie uważniej. Studiowała znajome rysy twarzy Aarona, samej nie wiedząc czego w nich szuka. Gniewu? Wyrzutu? Rozdrażnienia? Politowania? Widziała już wszystko. Przez lata nauczyła się rozpoznawać najdrobniejsze zmiany w spojrzeniu. Wiedziała kto patrzy na nią z obojętnością, w czyich oczach gasła miłość, a kto żałował utraconych lat. Spodziewała się tego i po nim. Może nie w tej chwili, może nie przy kolejnym spotkaniu, ale nie miała złudzeń, że prędzej czy później nadejdzie moment, że Aaron będzie nią po prostu zmęczony. Jak każdy przed nim.
Aaron Moody nie oddzielał, nie dzielił na kawałki. Widział sędzię, widział kobietę, widział pewnie nawet ptaka. Może nawet widział córkę kolegi ze szkolnych lat, choć to z pewnością spychał bardzo głęboko w odmęta podświadomości. Wszystko to, co składało się na jestestwo pani Mulciber.
- Nie chcę dziś aurora. Nie chcę słuchać o Korolevie.- Powiedziała wreszcie.- Chcę, żebyś mi przyniósł dobrej, mocnej kawy i opowiedział… nie wiem… o statkach starożytnych Rzymian, czy o czym tam czytasz w wolnych chwilach…- Machnęła drżącą ręką w stronę stosu książek. Przygryzła wnętrze policzka.- Chcę ciebie. Jeśli nie możesz mi tego dać, pójdę do siebie.
Może Longbottomowie, z którymi żył w tak bliskich relacjach, praktykowali mniej formalny sposób bycia i nie przywiązywali aż takiej wagi do gestów jak czyniono to w jej rodzinie. Ale ona przywiązywała. No i tu leżał pies pogrzebany, bo gdyby Aaron chciał, to by się nauczył. Miał na to całe życie i około 96 godzin od czasu ich pierwszej “nie-randki”. Na jej gust to wystarczyło, żeby przestudiować od deski do deski podręcznik savoir-vivre dla czystokrwistych młodzieńców.
Zwłaszcza, że tu nie chodziło o samo ucałowanie dłoni na przywitanie. Nie chodziło nawet o to, że nie wstał. Chodziło tylko i wyłącznie o to, że potraktował ją jak pierwszego lepszego gościa i pech chciał, że zrobił to w dniu, gdy przy stole rodzinnym znieważył ją jej własny szwagier.
Pozbyła się mojego brata, sugerowała wydziedziczenie mojego syna. Nie powinna mieć prawa głosu. Nie powinna tutaj siedzieć. Nie należy do naszej rodziny.
Miał rację. Nie we wszystkim oczywiście. Palca nie przyłożyła do śmierci Roberta, bo i po co? Stary głupiec był tylko starym głupcem, który dał jej nazwisko w zamian za coś tak bezużytecznego jak pieniądze. Ale miejsce pani na Mulciber Manor wciąż do niej nie należało. Wszystko to, w co próbowała tak usilnie wierzyć było tylko i wyłącznie zwykłym kłamstwem; słowami bez pokrycia, które Alexandra nic nie kosztowały. Była tylko wdową i żadna sukienka nie mogła tego zmieć. A teraz nawet Moody nie potrafił okazać jej należnego szacunku.
Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że Aaron nie zrobił tego z pogardy - co do tego nie miała żadnych wątpliwości. On tego nie zrobił, bo nawet nie przyszło mu do głowy, że powinien. Należeli do kompletnie różnych klas społecznych. Jak mogła wierzyć, że będą w stanie to przeskoczyć?
- Chcę ciebie. Chcę obu.
A jej chciało się płakać.
Dlatego z początku dalej nic nie odpowiedziała, niebezpiecznie owego płaczu bliska. Zamiast tego, wciąż wsparta o blat biurka sięgnęła po jedną z ramek, tą wykonaną dziecięcą ręką. Nie wiedziała nic o świętej pamięci pani Moody, poza faktem, że nie żyje od ponad dwudziestu lat. Nie żyła, a nadal wisiała nad mężem jak uparty duch. Nie znała dobrze jego córki. Ba, ledwo co kojarzyła jej starszego brata, a przecież miał być wybitnym aurorem pokroju swojego ojca. Mijali się na korytarzach Hogwartu, zawsze sobie obcy. Uświadomiła sobie, że nie wie nic o życiu Aarona Moody’ego ani o jego rodzinie. Rodzina jest najważniejsza, Lorien. Nie było tu miejsca na czystokrwistą babę, w dodatku taką co z granicy życia i śmierci zrobiła sobie skakankę. Nie było miejsca na kolejny problem.
Miał rodzinę - powinien się nią zająć, a nie spędzać samotnie czas w gmachu Ministerstwa Magii. Ona? Zupełnie przeciwnie. Nie miała już absolutnie nikogo komu mogłoby zależeć.
Odstawiła wreszcie ramkę z powrotem na biurko, równie delikatnie co wcześniej, gdy ją podniosła, nie chcąc jej przez przypadek zniszczyć. Czuła lepiący się do palców brokat, ale zignorowała błyszczące drobiny.
- Dlaczego zachowujesz się tak, jak gdybyś próbowała mnie poniżyć.
- Słucham? - Pozwoliła pytaniu zawisnąć na moment między nimi, czując jak ciepło uderza jej do policzków. Nie potrafiła tylko powiedzieć czy nabrała rumieńców z zawstydzenia czy raczej ze złości. Przez chwilę zbierała się, żeby odpowiedzieć cokolwiek sensownego. W dodatku kręcił nad nią z niedowierzaniem głową, zupełnie jakby to ona popełniła absurdalne faux pas.- Sądzisz, że ja próbuję Cię poniżyć, ale ty zachowujesz się w porządku witając mnie bez dozy szacunku?- Nie powinna była tu przychodzić. A skoro przyszła - powinna się po prostu zamknąć. Mimo to mówiła dalej. Nie potrafiła go okłamywać, ba! Nie chciała go wcale okłamywać.- Aaronie, już mi dzisiaj próbowano dać do zrozumienia, że na niego nieszczególnie zasługuję. Ale myślałam, że jest między nami… nie wiem, że między nami jest coś dobrego… Tymczasem od progu traktujesz mnie jak petenta. I to takiego, którego chyba nawet nie chcesz widzieć. Nie pytanie sprawia mi przykrość, a…- Głos jej zadrżał, więc zamilkła. Nie dokończyła, choć to co chciała powiedzieć było oczywiste. Jeszcze tego brakowało, żeby się tu rozpłakała jak dziecko, bo auror nie zwlókł się na jej widok z fotela.- To bez znaczenia.- Ucięła, biorąc jeden głębszy oddech.
- Obie mówią twoim głosem. Czy nie mówią jednocześnie?
Powtarzała pytanie w myślach raz po raz, niczym zdartą płytę.
- Co jeśli nie mówią?- Zapytała cicho.- Nie ja doniosłam na Woody’ego.- Już to dzisiaj mówiła. Coś podobnego. Nie ja zabiłam Roberta Mulcibera. Pieprzona Sancta Lorien Dolorosa. W jej głosie pojawiła się ta dziwna mieszanka bólu i zmęczenia. Nie patrzyła na niego, ani na ułożoną tuż przy sobie dłoń. Nie zbliżyła się bardziej.- A teraz… Chcę tego czego każda skrzywdzona kobieta. Chcę, żeby Korolev zgnił w nieoznaczonym grobie.- Wyciągnęła dłoń przed siebie. Dziś zdawała się wyjątkowo naga, pozbawiona złotych pierścionków, w których tak lubowała się Lorien. Rozchyliła palce, obracając je powoli w świetle zielonej lampki. Osiadało na skórze miękko, wydobywając każdy staw, żyłę, naderwaną skórkę przy paznokciu, blizny po rozdrapanych ranach i piórach.- Nie chcę żeby umarł. A jeśli już, to niezbyt szybko, tak sądzę. Czy to złe, że chciałabym aby konał przez kolejne dni? To przecież byłaby adekwatna kara za jego zbrodnię. Za wymuszenie mojej przemiany. Chciałabym, by przed śmiercią czuł ten sam ból, który ja czuję, gdy łamią się i mutują kości. Każde jedno rozdarcie skóry. Niekończącą się agonię transmutacji, która cię powoli zabija. Moment, gdy twój umysł przestaje być twój i po prostu zasypiasz, nie wiedząc czy kiedykolwiek zdołasz wrócić. Prawo talionu jest stare jak świat. Jest czymś pierwotnym, naturalnym. Jak mogłabym aresztować kogoś kto powziął taką krucjatę w imię moje? - Zmusiła się do uśmiechu, lekkiego uniesienia kącików ust, jakby sama wizja konającego Koroleva była w stanie uleczyć jakąś cząstkę jej duszy.- Ale nie jestem tylko kobietą. Jestem sędzią i znam nasze prawo. A Aurorzy są przedłużeniem woli Wizengamotu, nie ofiar. Wiesz o tym najlepiej.- Sięgnęła po różdżkę Aarona leżącą na blacie biurka.
Może nie powinna, w końcu ani ona ani właściciel nie należeli do niej. A jednak było coś ekscytującego w przekroczeniu kolejnej granicy. Spodziewała się większego oporu, dystansu między sobą a starą magią zamkniętą w drewnie. Nie było nic takiego. Ważyła ją przed moment w dłoni, wciąż ciepłą i lekko lepką od zaciśniętych nań chwilę wcześniej palców Aarona.
Drewno zdążyło nasiąknąć każdym poprzednim właścicielem.
Z dziada na wnuka, przechodziła przez ręce kolejnych pokoleń aurorów. Przesunęła kciukiem po gładkim trzonku, badając ledwie wyczuwalną fakturę drewna.
Nie należała do niej. Nie powinna się podporządkowywać jej woli. Prostym zaklęciem przywołała do siebie jedno z krzeseł dla petentów. Przez moment - nic. Zaraz potem, krzesło drgnęło, oderwało się od podłogi i poszybowało w ich stronę. Opadło ciężko dokładnie tam gdzie tego chciała. Odłożyła różdżkę z powrotem na blat.
Usiadła, zakładając nogę na nogę.
- “Proces nie jest przywilejem niewinnych. Jest ochroną społeczeństwa przed tym, by o winie człowieka decydował gniew, strach lub siła przeciwników”.- Och z jaką łatwością pani Mulciber cytowała komentarze Ignatiusa Tufta do Ustawodawstwa brytyjskiego Ministerstwa Magii.- Adekwatną karą byłoby zesłanie na Morze Północne. To recydywa. 7-10 lat. Może dożywocie, gdyby dowody były mocniejsze niż zeznania poszkodowanego. Pocałunek dementora - jeśli oskarżony okaże się winny kolaboracji z poplecznikami Voldemorta. Ale prawo nakazuje zapewnić mu proces, a jedynym zadaniem aurora jest go na ów proces doprowadzić. Gdy w tym zawiedzie, gdy nadużyje swojej władzy, gdy sam uzna co jest adekwatną karą i dokona samosądu - wówczas tak, zaaresztowałabym go, choć złamałoby mi to serce. Bo Auror, panie Moody ślubuje stać na straży porządku prawnego reprezentowanej przez Ministerstwo Magii republiki magicznej, nie honoru jednej kobiety.
Nachyliła się w jego stronę, odkładając z powrotem dłoń na biurku. Tuż obok jego. Przypatrywała się mu teraz znacznie uważniej. Studiowała znajome rysy twarzy Aarona, samej nie wiedząc czego w nich szuka. Gniewu? Wyrzutu? Rozdrażnienia? Politowania? Widziała już wszystko. Przez lata nauczyła się rozpoznawać najdrobniejsze zmiany w spojrzeniu. Wiedziała kto patrzy na nią z obojętnością, w czyich oczach gasła miłość, a kto żałował utraconych lat. Spodziewała się tego i po nim. Może nie w tej chwili, może nie przy kolejnym spotkaniu, ale nie miała złudzeń, że prędzej czy później nadejdzie moment, że Aaron będzie nią po prostu zmęczony. Jak każdy przed nim.
Aaron Moody nie oddzielał, nie dzielił na kawałki. Widział sędzię, widział kobietę, widział pewnie nawet ptaka. Może nawet widział córkę kolegi ze szkolnych lat, choć to z pewnością spychał bardzo głęboko w odmęta podświadomości. Wszystko to, co składało się na jestestwo pani Mulciber.
- Nie chcę dziś aurora. Nie chcę słuchać o Korolevie.- Powiedziała wreszcie.- Chcę, żebyś mi przyniósł dobrej, mocnej kawy i opowiedział… nie wiem… o statkach starożytnych Rzymian, czy o czym tam czytasz w wolnych chwilach…- Machnęła drżącą ręką w stronę stosu książek. Przygryzła wnętrze policzka.- Chcę ciebie. Jeśli nie możesz mi tego dać, pójdę do siebie.