31.07.2026, 14:12 ✶
– Przyszło mi to do głowy, bo jeżeli używa magii, by atakować i krzywdzić… na pewno jest najmniej czarnoksiężnikiem. Czy tak potężny czarownik nie zainteresowałby… tego tam lorda? – rzucił Chris jeszcze na chwilę przed tym, jak po prostu zasnął. Głowa osunęła się ma na bok, jasne włosy częściowo przysłoniły jedno oko, ręka bezwładnie opadła z boku fotela. Rosier spał.
*
Kiedy się obudził, w pierwszej chwili nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Nie chciało mu się ruszać, ale gdy uniósł powieki i zobaczył obce wnętrze, usiadł wreszcie i syknął, bo ramię i szyję miał całkiem zdrętwiałe. Rozmasował kark, i rozejrzał się: salon wciąż tonął w półmroku, takim, jaki panuje tuż przed świtem, gdy niebo zaczyna się już powoli rozjaśniać, ale słońce nie uniosło się dość wysoko, by całkiem rozproszyć ciemności. Szybę wciąż pokrywały krople wody, ale burza przeminęła. Zacisnął palce wolnej dłoni na kocu, próbując sobie przypomnieć, skąd się wziął, a potem zaklął znowu, święcie przekonany, że zasnął tylko on.
Brawo, Rosier, doskonała robota, pomyślał, wzdychając w duchu, by wyszło trochę głupio, nawet on mimo całej miłości własnej to przyznawał. To w końcu w pewnym sensie była randka, skoro zaczęli w restauracji Botta, a nie dość że zabrał ją do domu, w którym utknęli z powodu pogody, to jeszcze potem radośnie poszedł sobie spać. Czy w ogóle jeszcze tu była, czy już się teleportowała i nigdy więcej się do niego nie odezwie?
– Victoria? – rzucił, nie tyleż krzycząc, ile podnosząc nieco głos. Podniósł się z fotela, poruszył zdrętwiałymi łopatkami, i zaczął zastanawiać, czy nie powinien się teleportować do Londynu, kiedy dostrzegł, że jej płaszcz wciąż tu był. Prawdopodobnie nie poszła sobie bez niego? Ruszył w końcu w stronę kuchni, gdzie właśnie przypatrywała się herbacie i sokowi malinowemu. – Uch. Cześć. Dzień dobry – przywitał się i przeczesał jasne włosy palcami. [b] – Głupio wyszło, nie mam pojęcia, czemu tak zasnąłem, chyba ten deszcz mnie uśpił.[b/]
*
Kiedy się obudził, w pierwszej chwili nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Nie chciało mu się ruszać, ale gdy uniósł powieki i zobaczył obce wnętrze, usiadł wreszcie i syknął, bo ramię i szyję miał całkiem zdrętwiałe. Rozmasował kark, i rozejrzał się: salon wciąż tonął w półmroku, takim, jaki panuje tuż przed świtem, gdy niebo zaczyna się już powoli rozjaśniać, ale słońce nie uniosło się dość wysoko, by całkiem rozproszyć ciemności. Szybę wciąż pokrywały krople wody, ale burza przeminęła. Zacisnął palce wolnej dłoni na kocu, próbując sobie przypomnieć, skąd się wziął, a potem zaklął znowu, święcie przekonany, że zasnął tylko on.
Brawo, Rosier, doskonała robota, pomyślał, wzdychając w duchu, by wyszło trochę głupio, nawet on mimo całej miłości własnej to przyznawał. To w końcu w pewnym sensie była randka, skoro zaczęli w restauracji Botta, a nie dość że zabrał ją do domu, w którym utknęli z powodu pogody, to jeszcze potem radośnie poszedł sobie spać. Czy w ogóle jeszcze tu była, czy już się teleportowała i nigdy więcej się do niego nie odezwie?
– Victoria? – rzucił, nie tyleż krzycząc, ile podnosząc nieco głos. Podniósł się z fotela, poruszył zdrętwiałymi łopatkami, i zaczął zastanawiać, czy nie powinien się teleportować do Londynu, kiedy dostrzegł, że jej płaszcz wciąż tu był. Prawdopodobnie nie poszła sobie bez niego? Ruszył w końcu w stronę kuchni, gdzie właśnie przypatrywała się herbacie i sokowi malinowemu. – Uch. Cześć. Dzień dobry – przywitał się i przeczesał jasne włosy palcami. [b] – Głupio wyszło, nie mam pojęcia, czemu tak zasnąłem, chyba ten deszcz mnie uśpił.[b/]