31.07.2026, 04:46 ✶
Aaron Andrew Moody był człowiekiem, który zajmował miejsce. Nie potrzebował przy tym rozpychać się łokciami, zwaliście górować nad innymi, domagając się posłuchu. Nie potrzebował przewagi wzrostu ani siły. Nie było w nim męskiej potrzeby ekspansywności. Aaron Andrew Moody po prostu był. Jego męskość wyrażała się nieustanną obecnością, nie nagłymi porywami gniewu. Gdy był gniewnym, wtedy był przerażający jak lew nemejski szykujący się do skoku. A jednak to nieruchomy ucisk na gardziel stwora pozwolił herosowi zwyciężyć go w potyczce. Może dlatego Aaron wolał poruszać się wolno, jak gdyby świadomy był każdego gestu. Ruchom jego brakowało wystudiowanej kontroli maszyny, za jaką chciał uchodzić: ciało napędzała krew, nie olej; składał się ze ścięgien i stawów, i mięśni rysujących się pod skórą, nie z systemu przekładni, poddających się odgórnym wskazaniom misternie skonstruowanego mechanizmu. Miał w sobie naturalność, niemożliwą do podrobienia grację drapieżnika. Owszem, było w Moodym coś zwierzęcego. Coś w napięciu mięśni, w czujności spojrzenia; w płynnych ruchach dostrojonych do otoczenia. Wyzbyty był jednak ordynarnej brutalności, jaką potrafili obnosić się mężczyźni jego pokroju. Nie było brutalności w sposobie, w jakim poruszył barkami, aby rozluźnić ramiona. Nie było jej w tym, jak zadarł głowę do góry, odsłaniając drgającą grdykę. Wreszcie, nie było w nim agresji z rodzaju tych nachalnych, krzykliwych. Był w nim spokój. Była miękka elegancja, z jaką przechylił głowę, nie przestając przypatrywać się przy tym Lorien. Nawet w sposobie, w jakim rozwalał nogi, swobodnie rozpierając się w krześle, była pewna godność. Jego dłonie wyglądały na szorstkie, zniszczone — jak gdyby dużo pracował manualnie — palce miał jednak zaskakująco długie, smukłe wręcz. Dłonie, które bardziej przystawałyby artyście niż aurorowi, choć zdobiące je odciski nie pochodziły od trzymania pędzla. Pochodziły od różdżki, którą zwykł dzierżyć tak samo pewnie jak swą głowę. Postawę miał dumną, ale swobodną. Odchylił się w krześle, gdy Lorien podeszła bliżej, jak gdyby potrzebował spojrzeć na nią z perspektywy. Objąć wzrokiem drobną postać wspartą o zawalone papierami biurko. Gdy wsparła się o nie w szeleście fałdów sukni, w zatrzęsieniu atłasowych falbanek, na których osiadł pył i błoto londyńskiej ulicy, wtedy poczuł się tak, jak gdyby wszystko w jego życiu było na swoim miejscu.
Życie Aarona Andrew Moody'ego można byłoby bowiem zamknąć w tym jednym biurku. Biurku miejscami nieco odrapanym, ale wciąż solidnym, zbyt ciężkim, aby dało się je przesunąć bez użycia magii. Gładki blat dawno temu powleczony został magicznym impregnatem, nadającym drewnu wytrzymałość. Musiał być wytrzymałym, aby nie ugiął się pod ciężarem wszystkich złożonym na nim gratów.
W pewnym sensie biurko Aarona Moody'ego było swoim właścicielem.
Zawsze brał na siebie dużo, ale był w stanie to unieść. Umiał odnaleźć się w panującym wokół bałaganie. Wbrew pozorom wszystko tutaj miało swoje miejsce: tak na biurku, jak i w jego życiu. Oto były więc piętrzące się w stosach akta, spraw wciąż jeszcze trwających, jak i tych dawno już zamkniętych. Jeden ze stosów wieńczył stary, przedpotopowy sprzęt do nagrywania, na którym odsłuchiwał taśmy z przesłuchań. Szczęśliwie, brudnych kubków po kawie ubyło, bo na święto wypadało jednak trochę ogarnąć: jeden tylko czaił się obok organizera na dokumenty, schowany za raportami z pracy terenowej oraz wycinkami z kroniki kryminalnej. "Król w żółci", głosił nagłówek jednej z gazet, dawno już pożółkłej ze starości. "Pogrzeb, na którym zabrakło zmarłego" należał do nowszych spraw, podobnie jak "Siedem grzechów głównych", spod których wychylała się nieśmiało "Litania legilimenty". W wielu z nich uczestniczył osobiście, o wielu dowiedział się, przeglądając stare akta w przytłumionym świetle lampki o zielonym kloszu. Ustawiona została na spiętrzonych książkach, aby rzucała światło bardziej z góry. Na samym dole znaleźć można było opasły Kodeks Magicznego Prawa Karnego, wyżej — oprawiony w skórę podręcznik do gry w szachy, opisujący najsławniejsze pojedynki mistrzów szachowych minionych stuleci. Wysłużone Dzienniki motocyklowe Ernesto Guevary, po które Aaron lubił sięgać w wolnym czasie. Ustawodawstwo brytyjskiego Ministerstwa Magii, wydanie sto trzydzieste piąte, z oficjalnym komentarzem Ignatiusa Tufta. A na samym wierzchu… Inżynieria floty morskiej starożytnych Rzymian. W tej jednej książce tkwiło kilka, kolorowych karteczek, które Moody musiał traktować jako zakładki. Jedna z nich przyczepiona była również do klosza lampki. "Stała czujność!!!!!", napisano na niej. Po drugiej stronie biurka, tuż za niewielkim stojakiem z przyborami do pisania oraz kolejnym organizerem, leżały graty. Pudełko na szpargały, z którego wyglądały jakieś pozbawione mocy artefakty bliżej nieokreślonego przeznaczenia. Materiały promocyjne, zostawiane w Biurze Aurorów przez przedstawicieli organizacji pozarządowych. Zakurzona odznaka ojca, która dawno już straciła swój połysk. Medal za odwagę, może nawet dwa. Nie widać było dobrze, bo przykrywał je najnowszy numer gazetki dla pasjonatów wędkarstwa, który Moody zostawił na szczycie pudełkowej graciarni. Na biurku znajdowały się również dwie ramki na zdjęcia, tuż obok zestawu pieczątek oraz popielniczki, w której uwielbiał bawić się papierowy dementorek. Jedna z nich była robiona ręcznie: otaczające ją, nieco krzywe serduszka niegdyś były wściekłe różowe, wyblakły jednak z upływem czasu. Nie dało się jednak równie łatwo pozbyć brokatu, który wciąż czasem odpadał z powleczonych glinką okuć, sypiąc się na różne papierzyska. Łatwo było domyślić się, że ramkę wykonała córka Aarona, widoczna na tkwiącym w niej zdjęciu w objęciach matki i brata. Stare musiało być to zdjęcie, pani Moody nie żyła przecież od ponad dwudziestu lat. Jeszcze starszym było zdjęcie w odpustowej ramce ze wzorem w rybki i muszelki kupionej na straganie nad morzem, dawno, dawno temu. Przedstawiało świeżo upieczonego aurora w towarzystwie jego najlepszego przyjaciela od czasów dzieciństwa. Towarzysza broni, z błyszczącą odznaką detektywa na piersi. A może po prostu brata, którego nigdy nie miał.
Młody Clemens Longbottom miał burzę włosów i uśmiech, który mówił, że świat należy do niego. Do nich. Byli pewni siebie, przekonani o własnej niezniszczalności. Szczerzyli się głupio do obiektywu, głupota była bowiem przywilejem młodości. Wiek nie uczynił ich jednak mądrzejszymi, a dał im tylko więcej zmarszczek. A choć na twarzach, tak jak i na szkle ramki, widać było nieustannie nowe rysy, takowe nie pojawiły się na ich przyjaźni. Aaron i Woody wciąż śmiali się z wnętrza starego zdjęcia, a czasem nawet robili miny ku uciesze papierowego dementorka, który na dobre zadomowił się w biurku aurora. Nawet teraz na szkle widać było odciski dementorzych łapek, które dorysowały młodemu Aaronowi sumiastego wąsa. Oto jakimi psotami zajmowało się stworzonko, gdy akurat nie drzemało we wnętrzu szuflady albo nie terroryzowało figurek magów zamkniętych w klatkach! Wszystko to i jeszcze więcej składało się na mikrokosmos biura Aarona Moody’ego.
A pośrodku tego wszystkiego była Lorien.
Ach, Lorien.
Ciążyć musiała jej ta suknia. Strojna, efektowna. Nie w ten frywolny sposób współczesnej mody, tylko w nieco staroświeckim sznycie, tym, który po trosze sprawiał, że Aaron miał ochotę się uśmiechnąć z przekąsem. Po trosze prowokował go natomiast do wyobrażania sobie, jak suknię z Lorien zrywa. Ostatecznie, jego spojrzenie dociążało ją do ziemi bardziej aniżeli jakakolwiek szata po babce. A jednak nie potrafił powstrzymać fantazji, która wkradła się między jego myśli, przemknęła jak kot między nogami samokontroli, sprawiając, że się potknął. Prześlizgnąwszy się spojrzeniem po brakującym guziczku, zdał sobie sprawę, że nie przeszkadzałoby mu z nią upaść.
Nachylił się bliżej.
"Czyją chcesz odpowiedź Aaronie. Sędzi czy kobiety? Która mniej cię zawiedzie?"
— Chcę ciebie — odpowiedział, jak gdyby była to najoczywistsza rzecz na świecie. — Chcę obu.
Aaron Andrew Moody nie oddzielał. Mężczyzna nie istniał w oderwaniu od aurora. Nie sposób było określić, gdzie kończy się jeden, a gdzie zaczyna drugi. Nawet w jego słowach poufałość nieustannie mieszała się z profesjonalizmem. Nie oddzielał zażartych dyskusji na temat sprawy goblińskiej od żartów, jakie wymieniali nad kawą. Nie oddzielał Lorien w sędziowskiej todze od Lorien z sukienką podwijającą się na udach. Nie oddzielał tej rozłożonej na jego kanapie od tej siedzącej na jego biurku.
Aaron Andrew Moody nie oddzielał. Męskość popychała go w stronę aurorstwa, owszem, ale aurorstwo było tej męskości wyznacznikiem. Młodzieniec chciał stać się aurorem, bo wierzył, że w ten sposób stanie się mężczyzną. Wstępując w szeregi służb porządkowych realizował więc marzenie chłopca. Nie dlatego, że imponował mu mundur czy błyszcząca odznaka, ale dlatego, że wierzył, że każdy mężczyzna winien nosić w sobie pragnienie uratowania świata, a przynajmniej jego kawałka. Chłopiec miał w sobie naiwną wiarę w sprawiedliwość. W to, że trzeba robić wszystko tak, jak należy. Mężczyzna nie wierzył. Nie musiał wierzyć, żeby umieć postąpić tak, jak trzeba. Nie oczekiwał za to nagrody. Nie oczekiwał wdzięczności. Wystarczyło życie w zgodzie z samym sobą. Na tym polegało bycie aurorem, na tym polegało bycie mężczyzną. Należało bardziej być dla innych niż dla siebie.
Może dlatego Aaron Andrew Moody po prostu był. Nie istniała dla niego różnica między aurorem i mężczyzną. Nie był innym człowiekiem w pracy i innym w domu. Nie potrzebował godzić ich ze sobą, bo auror i mężczyzna nigdy nie byli w konflikcie.
— Obie mówią twoim głosem. Czy nie mówią jednocześnie? — A jednak odpowiedź, jakiej mu udzieliły, nie była żadna odpowiedzią.
Aaron pokręcił mimowolnie głową. Ruch był tak subtelny, że ledwie zauważalny. Nie rozumiał, dlaczego ich rozmowa przybrała taki a nie inny obrót. Tak obcym wydawał się ton, jakiego wobec niego użyła, tak odległym. A wydawało mu się, że był kimś, do kogo się zbliżyła. Kimś, kto także próbował się zbliżyć. Dalej postępował już ostrożniej, a jednak… Nie umiał mówić z nią inaczej, jak szczerze. Jego szczerość pozbawiona była jednak okrucieństwa. Gdy znów przemówił, przemówił wyważenie, jak człowiek, który analizuje każde słowo, próbując zrozumieć nieznany mu koncept.
— Nie chcesz używać prostych słów do opisywania trudnych decyzji, a jednak kazałaś mi je opisać właśnie w ten sposób. Złóż akta. Zniszcz akta. Widać aurorom należy wydawać komendy jak najprostsze, tak żeby zrozumieli. Waruj. Do nogi.
Nie wydawał się gniewnym. Próżno było szukać gniewu w jego głosie, spojrzeniu, w postawie. Nie zareagował na wyrzuty Lorien nie tyle dlatego, że były niesprawiedliwymi. Nie zareagował dlatego, że jej wyrzuty zwyczajnie go nie dotyczyły. Owszem, wplotła tam jego imię dla niepoznaki, a jednak nie mówiła o nim.
Gdy to zrozumiał, ściągnął delikatnie brwi, jak gdyby w zaskoczeniu.
Kim dla niej był w tej chwili, jeżeli nie sobą? Nie był przecież ojcem, po którym przejęła schedę sędzi. Nie był mężem, przy którym nie spełniła się jako kobieta. A już na pewno nie był Korolevem, który nastawał na życie jednej i drugiej.
Być może to zabolało go w tym wszystkim najbardziej.
— Mówię więc językiem prostym, jak na prostego aurora przystało. Nikt nie mnie usypia na salach rozpraw, bo nie goszczę na nich, jeżeli nie muszę. Nie jestem sędzią. Tak po prawdzie, Lorien, nie jestem nikim ważnym. Może stąd nie jestem w stanie zrozumieć… Dlaczego tak usilnie próbujesz mi udowodnić coś, co sam już o sobie wiem. Dlaczego zachowujesz się tak, jak gdybyś próbowała mnie poniżyć. — Już był nisko. Od samego początku mogła przecież patrzeć na niego z góry. — Nie wiem, dlaczego moje pytanie sprawia ci przykrość. Nazywaj mnie głupim, jeżeli sprawia ci to, dla odmiany, przyjemność. Tylko odpowiedz mi proszę, jak głupiemu, tak, żebym zrozumiał…
Podsunął dalej leżącą na blacie odznakę aurora, którą wcześniej odpiął od paska od spodni. Gdy odkładał na bok papierzyska musiał przemieścić ją niechcący na brzeg biurka. Nie chciał, aby upadła przypadkiem na ziemię. Oto był jego atrybut, rdzeń jego tożsamości. Dusza, wypruta z piersi i zaklęta w bezużytecznym kawałku metalu z grawerem. Legitymował się nim. Legitymizował się nim. Teraz jednak odznaka leżała dalej niż bliżej. Wciąż mógł dotknąć chłodnej, metalowej powierzchni opuszkami palców. Zamiast tego oparł swobodnie rękę na biurko, patrząc na rozlewające się tuż obok atłasy. Znać było na nich ślady błota. Bawiło Aarona, że jest w stanie określić dzielnicę Londynu, z której pochodziło. Gdyby tylko umiał określić miejsce, z którego pochodziły jej słowa. Bezgłośnie zastukał palcami w blat, po to tylko, aby rozluźnić rękę, odgradzającą Lorien wyjście.
— Tak — powtórzył — czy nie?
Jego dłoń była tak blisko jej dłoni.
Życie Aarona Andrew Moody'ego można byłoby bowiem zamknąć w tym jednym biurku. Biurku miejscami nieco odrapanym, ale wciąż solidnym, zbyt ciężkim, aby dało się je przesunąć bez użycia magii. Gładki blat dawno temu powleczony został magicznym impregnatem, nadającym drewnu wytrzymałość. Musiał być wytrzymałym, aby nie ugiął się pod ciężarem wszystkich złożonym na nim gratów.
W pewnym sensie biurko Aarona Moody'ego było swoim właścicielem.
Zawsze brał na siebie dużo, ale był w stanie to unieść. Umiał odnaleźć się w panującym wokół bałaganie. Wbrew pozorom wszystko tutaj miało swoje miejsce: tak na biurku, jak i w jego życiu. Oto były więc piętrzące się w stosach akta, spraw wciąż jeszcze trwających, jak i tych dawno już zamkniętych. Jeden ze stosów wieńczył stary, przedpotopowy sprzęt do nagrywania, na którym odsłuchiwał taśmy z przesłuchań. Szczęśliwie, brudnych kubków po kawie ubyło, bo na święto wypadało jednak trochę ogarnąć: jeden tylko czaił się obok organizera na dokumenty, schowany za raportami z pracy terenowej oraz wycinkami z kroniki kryminalnej. "Król w żółci", głosił nagłówek jednej z gazet, dawno już pożółkłej ze starości. "Pogrzeb, na którym zabrakło zmarłego" należał do nowszych spraw, podobnie jak "Siedem grzechów głównych", spod których wychylała się nieśmiało "Litania legilimenty". W wielu z nich uczestniczył osobiście, o wielu dowiedział się, przeglądając stare akta w przytłumionym świetle lampki o zielonym kloszu. Ustawiona została na spiętrzonych książkach, aby rzucała światło bardziej z góry. Na samym dole znaleźć można było opasły Kodeks Magicznego Prawa Karnego, wyżej — oprawiony w skórę podręcznik do gry w szachy, opisujący najsławniejsze pojedynki mistrzów szachowych minionych stuleci. Wysłużone Dzienniki motocyklowe Ernesto Guevary, po które Aaron lubił sięgać w wolnym czasie. Ustawodawstwo brytyjskiego Ministerstwa Magii, wydanie sto trzydzieste piąte, z oficjalnym komentarzem Ignatiusa Tufta. A na samym wierzchu… Inżynieria floty morskiej starożytnych Rzymian. W tej jednej książce tkwiło kilka, kolorowych karteczek, które Moody musiał traktować jako zakładki. Jedna z nich przyczepiona była również do klosza lampki. "Stała czujność!!!!!", napisano na niej. Po drugiej stronie biurka, tuż za niewielkim stojakiem z przyborami do pisania oraz kolejnym organizerem, leżały graty. Pudełko na szpargały, z którego wyglądały jakieś pozbawione mocy artefakty bliżej nieokreślonego przeznaczenia. Materiały promocyjne, zostawiane w Biurze Aurorów przez przedstawicieli organizacji pozarządowych. Zakurzona odznaka ojca, która dawno już straciła swój połysk. Medal za odwagę, może nawet dwa. Nie widać było dobrze, bo przykrywał je najnowszy numer gazetki dla pasjonatów wędkarstwa, który Moody zostawił na szczycie pudełkowej graciarni. Na biurku znajdowały się również dwie ramki na zdjęcia, tuż obok zestawu pieczątek oraz popielniczki, w której uwielbiał bawić się papierowy dementorek. Jedna z nich była robiona ręcznie: otaczające ją, nieco krzywe serduszka niegdyś były wściekłe różowe, wyblakły jednak z upływem czasu. Nie dało się jednak równie łatwo pozbyć brokatu, który wciąż czasem odpadał z powleczonych glinką okuć, sypiąc się na różne papierzyska. Łatwo było domyślić się, że ramkę wykonała córka Aarona, widoczna na tkwiącym w niej zdjęciu w objęciach matki i brata. Stare musiało być to zdjęcie, pani Moody nie żyła przecież od ponad dwudziestu lat. Jeszcze starszym było zdjęcie w odpustowej ramce ze wzorem w rybki i muszelki kupionej na straganie nad morzem, dawno, dawno temu. Przedstawiało świeżo upieczonego aurora w towarzystwie jego najlepszego przyjaciela od czasów dzieciństwa. Towarzysza broni, z błyszczącą odznaką detektywa na piersi. A może po prostu brata, którego nigdy nie miał.
Młody Clemens Longbottom miał burzę włosów i uśmiech, który mówił, że świat należy do niego. Do nich. Byli pewni siebie, przekonani o własnej niezniszczalności. Szczerzyli się głupio do obiektywu, głupota była bowiem przywilejem młodości. Wiek nie uczynił ich jednak mądrzejszymi, a dał im tylko więcej zmarszczek. A choć na twarzach, tak jak i na szkle ramki, widać było nieustannie nowe rysy, takowe nie pojawiły się na ich przyjaźni. Aaron i Woody wciąż śmiali się z wnętrza starego zdjęcia, a czasem nawet robili miny ku uciesze papierowego dementorka, który na dobre zadomowił się w biurku aurora. Nawet teraz na szkle widać było odciski dementorzych łapek, które dorysowały młodemu Aaronowi sumiastego wąsa. Oto jakimi psotami zajmowało się stworzonko, gdy akurat nie drzemało we wnętrzu szuflady albo nie terroryzowało figurek magów zamkniętych w klatkach! Wszystko to i jeszcze więcej składało się na mikrokosmos biura Aarona Moody’ego.
A pośrodku tego wszystkiego była Lorien.
Ach, Lorien.
Ciążyć musiała jej ta suknia. Strojna, efektowna. Nie w ten frywolny sposób współczesnej mody, tylko w nieco staroświeckim sznycie, tym, który po trosze sprawiał, że Aaron miał ochotę się uśmiechnąć z przekąsem. Po trosze prowokował go natomiast do wyobrażania sobie, jak suknię z Lorien zrywa. Ostatecznie, jego spojrzenie dociążało ją do ziemi bardziej aniżeli jakakolwiek szata po babce. A jednak nie potrafił powstrzymać fantazji, która wkradła się między jego myśli, przemknęła jak kot między nogami samokontroli, sprawiając, że się potknął. Prześlizgnąwszy się spojrzeniem po brakującym guziczku, zdał sobie sprawę, że nie przeszkadzałoby mu z nią upaść.
Nachylił się bliżej.
"Czyją chcesz odpowiedź Aaronie. Sędzi czy kobiety? Która mniej cię zawiedzie?"
— Chcę ciebie — odpowiedział, jak gdyby była to najoczywistsza rzecz na świecie. — Chcę obu.
Aaron Andrew Moody nie oddzielał. Mężczyzna nie istniał w oderwaniu od aurora. Nie sposób było określić, gdzie kończy się jeden, a gdzie zaczyna drugi. Nawet w jego słowach poufałość nieustannie mieszała się z profesjonalizmem. Nie oddzielał zażartych dyskusji na temat sprawy goblińskiej od żartów, jakie wymieniali nad kawą. Nie oddzielał Lorien w sędziowskiej todze od Lorien z sukienką podwijającą się na udach. Nie oddzielał tej rozłożonej na jego kanapie od tej siedzącej na jego biurku.
Aaron Andrew Moody nie oddzielał. Męskość popychała go w stronę aurorstwa, owszem, ale aurorstwo było tej męskości wyznacznikiem. Młodzieniec chciał stać się aurorem, bo wierzył, że w ten sposób stanie się mężczyzną. Wstępując w szeregi służb porządkowych realizował więc marzenie chłopca. Nie dlatego, że imponował mu mundur czy błyszcząca odznaka, ale dlatego, że wierzył, że każdy mężczyzna winien nosić w sobie pragnienie uratowania świata, a przynajmniej jego kawałka. Chłopiec miał w sobie naiwną wiarę w sprawiedliwość. W to, że trzeba robić wszystko tak, jak należy. Mężczyzna nie wierzył. Nie musiał wierzyć, żeby umieć postąpić tak, jak trzeba. Nie oczekiwał za to nagrody. Nie oczekiwał wdzięczności. Wystarczyło życie w zgodzie z samym sobą. Na tym polegało bycie aurorem, na tym polegało bycie mężczyzną. Należało bardziej być dla innych niż dla siebie.
Może dlatego Aaron Andrew Moody po prostu był. Nie istniała dla niego różnica między aurorem i mężczyzną. Nie był innym człowiekiem w pracy i innym w domu. Nie potrzebował godzić ich ze sobą, bo auror i mężczyzna nigdy nie byli w konflikcie.
— Obie mówią twoim głosem. Czy nie mówią jednocześnie? — A jednak odpowiedź, jakiej mu udzieliły, nie była żadna odpowiedzią.
Aaron pokręcił mimowolnie głową. Ruch był tak subtelny, że ledwie zauważalny. Nie rozumiał, dlaczego ich rozmowa przybrała taki a nie inny obrót. Tak obcym wydawał się ton, jakiego wobec niego użyła, tak odległym. A wydawało mu się, że był kimś, do kogo się zbliżyła. Kimś, kto także próbował się zbliżyć. Dalej postępował już ostrożniej, a jednak… Nie umiał mówić z nią inaczej, jak szczerze. Jego szczerość pozbawiona była jednak okrucieństwa. Gdy znów przemówił, przemówił wyważenie, jak człowiek, który analizuje każde słowo, próbując zrozumieć nieznany mu koncept.
— Nie chcesz używać prostych słów do opisywania trudnych decyzji, a jednak kazałaś mi je opisać właśnie w ten sposób. Złóż akta. Zniszcz akta. Widać aurorom należy wydawać komendy jak najprostsze, tak żeby zrozumieli. Waruj. Do nogi.
Nie wydawał się gniewnym. Próżno było szukać gniewu w jego głosie, spojrzeniu, w postawie. Nie zareagował na wyrzuty Lorien nie tyle dlatego, że były niesprawiedliwymi. Nie zareagował dlatego, że jej wyrzuty zwyczajnie go nie dotyczyły. Owszem, wplotła tam jego imię dla niepoznaki, a jednak nie mówiła o nim.
Gdy to zrozumiał, ściągnął delikatnie brwi, jak gdyby w zaskoczeniu.
Kim dla niej był w tej chwili, jeżeli nie sobą? Nie był przecież ojcem, po którym przejęła schedę sędzi. Nie był mężem, przy którym nie spełniła się jako kobieta. A już na pewno nie był Korolevem, który nastawał na życie jednej i drugiej.
Być może to zabolało go w tym wszystkim najbardziej.
— Mówię więc językiem prostym, jak na prostego aurora przystało. Nikt nie mnie usypia na salach rozpraw, bo nie goszczę na nich, jeżeli nie muszę. Nie jestem sędzią. Tak po prawdzie, Lorien, nie jestem nikim ważnym. Może stąd nie jestem w stanie zrozumieć… Dlaczego tak usilnie próbujesz mi udowodnić coś, co sam już o sobie wiem. Dlaczego zachowujesz się tak, jak gdybyś próbowała mnie poniżyć. — Już był nisko. Od samego początku mogła przecież patrzeć na niego z góry. — Nie wiem, dlaczego moje pytanie sprawia ci przykrość. Nazywaj mnie głupim, jeżeli sprawia ci to, dla odmiany, przyjemność. Tylko odpowiedz mi proszę, jak głupiemu, tak, żebym zrozumiał…
Podsunął dalej leżącą na blacie odznakę aurora, którą wcześniej odpiął od paska od spodni. Gdy odkładał na bok papierzyska musiał przemieścić ją niechcący na brzeg biurka. Nie chciał, aby upadła przypadkiem na ziemię. Oto był jego atrybut, rdzeń jego tożsamości. Dusza, wypruta z piersi i zaklęta w bezużytecznym kawałku metalu z grawerem. Legitymował się nim. Legitymizował się nim. Teraz jednak odznaka leżała dalej niż bliżej. Wciąż mógł dotknąć chłodnej, metalowej powierzchni opuszkami palców. Zamiast tego oparł swobodnie rękę na biurko, patrząc na rozlewające się tuż obok atłasy. Znać było na nich ślady błota. Bawiło Aarona, że jest w stanie określić dzielnicę Londynu, z której pochodziło. Gdyby tylko umiał określić miejsce, z którego pochodziły jej słowa. Bezgłośnie zastukał palcami w blat, po to tylko, aby rozluźnić rękę, odgradzającą Lorien wyjście.
— Tak — powtórzył — czy nie?
Jego dłoń była tak blisko jej dłoni.
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name