28.07.2026, 11:46 ✶
Gabriel siedział w najciemniejszym kącie garderoby z cierpliwością właściwą istotom, dla których godzina nie różniła się od minuty, a minuta od całego ludzkiego życia. Nie odczuwał wyrzutów sumienia z powodu tak błahego jak wejście na teatralne zaplecze i otworzenie zamka jednym prostym zaklęciem. Granice śmiertelników już dawno rozmyły się w jego rozchlapanym poczuciu moralności, a fakt, że w przypadku Hannibala przekroczył ich kilka o wiele bardziej istotnych dla życia i nieżycia, dobitnie rozmywał i tak już niejasną linię. Potrzebował zobaczyć Hannibala, kiedy opadnie kurtyna, by dać mu dobitnie do zrozumienia, że widział przedstawienie na które go zaproszono. W jego wyobrażeniu było to wręcz eleganckie – oszczędzał młodzieńcowi fatygi, przychodząc do niego samemu.
Co prawda wystarczyłby do tego bukiet białych róż pyszniący się na toaletce z osobistym liścikiem zwieńczonym zamaszystym podpisem. Był niemalże identyczny do tego, który już raz znalazł się w posiadaniu młodzieńca. Wtedy jednak to nie sztuczna krew zbroczyła deski teatru a prawdziwa, ssana desperacją i żałością porzuconego kochanka. Gabriel nie znosił tego wspomnienia, być może dlatego dbał tak teraz, aby zamienić je właściwym "pierwszym" spotkaniem. A więc róże, niewinne i białe. Żadnych przebarwień na płatkach, żadnych nadłamanych liści, żadnych cierni, które mogłyby przypadkiem zranić dłonie aktora. Gabriel pozbawił je wszystkich ostrych końcówek z niemal nabożną starannością. Białe róże były prześmiewczo wręcz niewinne, tym razem nie jako gest przeprosin a gratulacji z występu. Gest pozwalający choć na moment zapomnieć o szaleństwie człowieka, który je podarował. Który teraz siedział w fotelu i czekał.
Hannibal widział go dotąd w chwilach gwałtownych, nieprzystojnych – gdy emocje rozrywały jego maniery jak pęta nazbyt ciasnego gorsetu. Widział łzy, widział desperację, widział głód bliskości tak obnażony, że niemal odrażający. Tym razem miało być inaczej. Dzisiaj Gabriel zamierzał zagrać starą wyświechtaną rolę hrabiego taką, jaką powinna być i w toku poprzednich dwóch spotkań.
Szata, którą wybrał, była uszyta z ciężkiego, grafitowego jedwabiu wpadającego w chłodne odcienie granatu, zależnie od tego, pod jakim kątem padało światło świec. Materiał poruszał się leniwie, przypominając spokojną taflę jeziora tuż przed burzą. Nie błyszczał ostentacyjnie. Raczej pochłaniał blask, oddając go dopiero przy najdrobniejszym ruchu ramion, kiedy srebrne hafty przecinające rękawy zaczynały migotać niczym mróz rozrastający się po szybie. Wzory układały się w wijące pędy róż. Z bliska można było dostrzec, że pomiędzy srebrnymi nićmi wszyto drobiny hematytu i ciemnego kryształu, dzięki czemu haft zdawał się oddychać wraz z każdym ruchem. Był to drugi ze strojów, który rozważał na bal maskowy, ale wydawał mu się zbyt mało dopasowany do jego partnerki a tak cudownie wpasowujący się tu, do teatru.
Kołnierz obejmował szyję wysoko, lecz miękko, pozostawiając jedynie tyle miejsca, by widoczna była porcelanowa skóra pociągnięta pudrem tak, aby ując jej trupiej bladości. Mankiety rozszerzały się lekko przy nadgarstkach, odsłaniając śnieżnobiałe wnętrze rękawów, spięte parami spinek w kształcie róży. Półdługie włosy nieznacznie wydłużone magią, opadały miękkimi falami aż za kark, lecz z boków zostały starannie zebrane cienkimi pasmami i splecione z tyłu głowy w misterną kompozycję przypominającą koronę z ciemnych gałązek. Kilka luźniejszych kosmyków pozostawiono celowo, aby łagodziły ostrość policzków. Wszystko wyglądało naturalnie, choć Gabriel spędził przed lustrem blisko godzinę, układając każdy skręt. Obsesyjnie? Bynajmniej. To uczucie skierowane było ku ozdobie lewego nadgarstka…
Bransoletka wykonana z rodochrozytu nie ściągała wzroku obserwujących, ale nosiła ciężar całej uwagi noszącego. Złożona z kilkunastu idealnie oszlifowanych kulek, opadała luźno na lewy nadgarstek. Nie przypominały drogocennych klejnotów noszonych dla próżności. Były ciepłe, miękkie w kolorze, jak płatki róż pyszniące się na słońcu. Każdy koralik posiadał własne mleczne żyłki, własne drobne niedoskonałości, własną historię zapisaną przez ziemię. Gabriel przez te kilka dni zdążył poznać je wszystkie, rozpoznawać po najmniejszym odchyleniu faktury czy rozmiaru.
Jeden.
Drugi.
Trzeci.
Przesuwał opuszkiem prawego kciuka od koralika do koralika z hipnotyczną powolnością. Każdy ruch trwał odrobinę za długo. Zatrzymywał się na jednym, naciskał delikatnie, potem przechodził dalej, jak gdyby odliczał różaniec złożony nie z modlitw, lecz z prób uspokojenia własnego umysłu.
Czwarty.
Piąty.
Szósty.
Kamień miał przynosić miłość do samego siebie. Miał łagodzić dawne rany, wyciągać z pamięci ciernie, których nie sposób było usunąć zaklęciami. Uczyć współczucia wobec własnych błędów. Rozjaśniać melancholię. Gabriel uczył się o tym przed wiekami jako adept magii i rytuałów leczniczych, stosował to na innych i choć nie wierzył w to z taką zaciekłością, jak można by sądzić po jego profesji, tak teraz znajdował ukojenie w prostym geście przesuwanych po cienkiej skórze zimnych kamiennych kulkach.
Potrzebował, by cokolwiek z tych właściwości okazało się prawdą.
Palce zatrzymały się na kolejnym koraliku. Przez chwilę ścisnął go mocniej.
Czy działa?
Nie wiedział.
Jeżeli działał, dlaczego wciąż budził się każdego dnia z tym samym poczuciem, że jest pęknięty w miejscu, którego nie potrafił odnaleźć? Dlaczego każda interakcja z tymi, których dopuszczał jakkolwiek bliżej sprawiała, że czuł się jak człowiek próbujący utrzymać wodę w zaciśniętych dłoniach? Dlaczego nie umiał być po prostu… spokojny?
Przesunął palec dalej.
Jeszcze jeden.
Jeszcze jeden.
Zamarł, gdy usłyszał kroki na korytarzu, nie zmienił za bardzo swojego w wystudiowany sposób swobodnego ułożenia, jedyne co to odsuwając palce od różanej zabawki. Przywdział też ten subtelny, doskonale wyćwiczony uśmiech człowieka, który znalazł się tutaj przypadkiem.
Drzwi otworzyły się i do garderoby wszedł Hannibal. Gwiazda wieczoru.
Był dokładnym przeciwieństwem nieskazitelności, doskonałym w swym rozchełstaniu. Również Gabriel dostrzegł ironię i odwrócenie ról w ich układzie. Rozbawiła go, choć nie dał przebić się jej bardziej niż lekkim uniesieniem kącików ust, gdy pozwalał spojrzeniu z niespieszną swobodą przesunąć się po smagłej sylwetce młodzieńca.
– Czyż nie zaprosiłeś mnie na jeden ze swoich spektakli? – odpowiedział mu swobodnie, kokieteryjnym zdziwieniem jego pytaniem, a potem zaśmiał się na surowe wobec swojego stanu słowa aktora. – Mon ami, być może mój żywot pozbawiony jest starości, ale zawsze odnajdywałem przyjemność w teatrze i całości cyklu, a nie małym jego wycinku, jakim był sam akt przedstawienia. Magia sceny wiąże się z tym co przed, z projektem, próbami, uczeniem tekstu i kroków, ale też i z tym co po… – podniósł się bez trudu ze swojego miejsca, z kocią gracją podchodząc do chłopięcia, omiatając bród i pot finału własną różaną aurą, coraz bardziej znajomą, coraz prostszą do rozpoznania. Jego błękitne oczy ześliznęły się z przystojnej twarzy w stronę zgięcia szyi, gdzie - jak się zdawało mu ostatnio - Hannibal pozostawił sobie pamiątkę po ich pierwszym niechlubnym spotkaniu. Stanął tak blisko, by być w zasięgu, tak blisko, by móc sięgnąć do kołnierza i odgarnąć lepki zmęczeniem materiał – Czyżbyś nie lubił tego stanu zaraz po, gdy ekstaza powoli rozpływa się po rozgrzanym ciele dosadnością satysfakcji? – zapytał o wiele ciszej, rozważając jak bardzo nie był głodny jeszcze przed dwiema minutami.
Co prawda wystarczyłby do tego bukiet białych róż pyszniący się na toaletce z osobistym liścikiem zwieńczonym zamaszystym podpisem. Był niemalże identyczny do tego, który już raz znalazł się w posiadaniu młodzieńca. Wtedy jednak to nie sztuczna krew zbroczyła deski teatru a prawdziwa, ssana desperacją i żałością porzuconego kochanka. Gabriel nie znosił tego wspomnienia, być może dlatego dbał tak teraz, aby zamienić je właściwym "pierwszym" spotkaniem. A więc róże, niewinne i białe. Żadnych przebarwień na płatkach, żadnych nadłamanych liści, żadnych cierni, które mogłyby przypadkiem zranić dłonie aktora. Gabriel pozbawił je wszystkich ostrych końcówek z niemal nabożną starannością. Białe róże były prześmiewczo wręcz niewinne, tym razem nie jako gest przeprosin a gratulacji z występu. Gest pozwalający choć na moment zapomnieć o szaleństwie człowieka, który je podarował. Który teraz siedział w fotelu i czekał.
Hannibal widział go dotąd w chwilach gwałtownych, nieprzystojnych – gdy emocje rozrywały jego maniery jak pęta nazbyt ciasnego gorsetu. Widział łzy, widział desperację, widział głód bliskości tak obnażony, że niemal odrażający. Tym razem miało być inaczej. Dzisiaj Gabriel zamierzał zagrać starą wyświechtaną rolę hrabiego taką, jaką powinna być i w toku poprzednich dwóch spotkań.
Szata, którą wybrał, była uszyta z ciężkiego, grafitowego jedwabiu wpadającego w chłodne odcienie granatu, zależnie od tego, pod jakim kątem padało światło świec. Materiał poruszał się leniwie, przypominając spokojną taflę jeziora tuż przed burzą. Nie błyszczał ostentacyjnie. Raczej pochłaniał blask, oddając go dopiero przy najdrobniejszym ruchu ramion, kiedy srebrne hafty przecinające rękawy zaczynały migotać niczym mróz rozrastający się po szybie. Wzory układały się w wijące pędy róż. Z bliska można było dostrzec, że pomiędzy srebrnymi nićmi wszyto drobiny hematytu i ciemnego kryształu, dzięki czemu haft zdawał się oddychać wraz z każdym ruchem. Był to drugi ze strojów, który rozważał na bal maskowy, ale wydawał mu się zbyt mało dopasowany do jego partnerki a tak cudownie wpasowujący się tu, do teatru.
Kołnierz obejmował szyję wysoko, lecz miękko, pozostawiając jedynie tyle miejsca, by widoczna była porcelanowa skóra pociągnięta pudrem tak, aby ując jej trupiej bladości. Mankiety rozszerzały się lekko przy nadgarstkach, odsłaniając śnieżnobiałe wnętrze rękawów, spięte parami spinek w kształcie róży. Półdługie włosy nieznacznie wydłużone magią, opadały miękkimi falami aż za kark, lecz z boków zostały starannie zebrane cienkimi pasmami i splecione z tyłu głowy w misterną kompozycję przypominającą koronę z ciemnych gałązek. Kilka luźniejszych kosmyków pozostawiono celowo, aby łagodziły ostrość policzków. Wszystko wyglądało naturalnie, choć Gabriel spędził przed lustrem blisko godzinę, układając każdy skręt. Obsesyjnie? Bynajmniej. To uczucie skierowane było ku ozdobie lewego nadgarstka…
Bransoletka wykonana z rodochrozytu nie ściągała wzroku obserwujących, ale nosiła ciężar całej uwagi noszącego. Złożona z kilkunastu idealnie oszlifowanych kulek, opadała luźno na lewy nadgarstek. Nie przypominały drogocennych klejnotów noszonych dla próżności. Były ciepłe, miękkie w kolorze, jak płatki róż pyszniące się na słońcu. Każdy koralik posiadał własne mleczne żyłki, własne drobne niedoskonałości, własną historię zapisaną przez ziemię. Gabriel przez te kilka dni zdążył poznać je wszystkie, rozpoznawać po najmniejszym odchyleniu faktury czy rozmiaru.
Jeden.
Drugi.
Trzeci.
Przesuwał opuszkiem prawego kciuka od koralika do koralika z hipnotyczną powolnością. Każdy ruch trwał odrobinę za długo. Zatrzymywał się na jednym, naciskał delikatnie, potem przechodził dalej, jak gdyby odliczał różaniec złożony nie z modlitw, lecz z prób uspokojenia własnego umysłu.
Czwarty.
Piąty.
Szósty.
Kamień miał przynosić miłość do samego siebie. Miał łagodzić dawne rany, wyciągać z pamięci ciernie, których nie sposób było usunąć zaklęciami. Uczyć współczucia wobec własnych błędów. Rozjaśniać melancholię. Gabriel uczył się o tym przed wiekami jako adept magii i rytuałów leczniczych, stosował to na innych i choć nie wierzył w to z taką zaciekłością, jak można by sądzić po jego profesji, tak teraz znajdował ukojenie w prostym geście przesuwanych po cienkiej skórze zimnych kamiennych kulkach.
Potrzebował, by cokolwiek z tych właściwości okazało się prawdą.
Palce zatrzymały się na kolejnym koraliku. Przez chwilę ścisnął go mocniej.
Czy działa?
Nie wiedział.
Jeżeli działał, dlaczego wciąż budził się każdego dnia z tym samym poczuciem, że jest pęknięty w miejscu, którego nie potrafił odnaleźć? Dlaczego każda interakcja z tymi, których dopuszczał jakkolwiek bliżej sprawiała, że czuł się jak człowiek próbujący utrzymać wodę w zaciśniętych dłoniach? Dlaczego nie umiał być po prostu… spokojny?
Przesunął palec dalej.
Jeszcze jeden.
Jeszcze jeden.
Zamarł, gdy usłyszał kroki na korytarzu, nie zmienił za bardzo swojego w wystudiowany sposób swobodnego ułożenia, jedyne co to odsuwając palce od różanej zabawki. Przywdział też ten subtelny, doskonale wyćwiczony uśmiech człowieka, który znalazł się tutaj przypadkiem.
Drzwi otworzyły się i do garderoby wszedł Hannibal. Gwiazda wieczoru.
Był dokładnym przeciwieństwem nieskazitelności, doskonałym w swym rozchełstaniu. Również Gabriel dostrzegł ironię i odwrócenie ról w ich układzie. Rozbawiła go, choć nie dał przebić się jej bardziej niż lekkim uniesieniem kącików ust, gdy pozwalał spojrzeniu z niespieszną swobodą przesunąć się po smagłej sylwetce młodzieńca.
– Czyż nie zaprosiłeś mnie na jeden ze swoich spektakli? – odpowiedział mu swobodnie, kokieteryjnym zdziwieniem jego pytaniem, a potem zaśmiał się na surowe wobec swojego stanu słowa aktora. – Mon ami, być może mój żywot pozbawiony jest starości, ale zawsze odnajdywałem przyjemność w teatrze i całości cyklu, a nie małym jego wycinku, jakim był sam akt przedstawienia. Magia sceny wiąże się z tym co przed, z projektem, próbami, uczeniem tekstu i kroków, ale też i z tym co po… – podniósł się bez trudu ze swojego miejsca, z kocią gracją podchodząc do chłopięcia, omiatając bród i pot finału własną różaną aurą, coraz bardziej znajomą, coraz prostszą do rozpoznania. Jego błękitne oczy ześliznęły się z przystojnej twarzy w stronę zgięcia szyi, gdzie - jak się zdawało mu ostatnio - Hannibal pozostawił sobie pamiątkę po ich pierwszym niechlubnym spotkaniu. Stanął tak blisko, by być w zasięgu, tak blisko, by móc sięgnąć do kołnierza i odgarnąć lepki zmęczeniem materiał – Czyżbyś nie lubił tego stanu zaraz po, gdy ekstaza powoli rozpływa się po rozgrzanym ciele dosadnością satysfakcji? – zapytał o wiele ciszej, rozważając jak bardzo nie był głodny jeszcze przed dwiema minutami.