– Jak tak teraz myślę, to zapewne mogę takie dziwne historie opowiadać i opowiadać – lekko przekrzywiła głowę, dość nagle zdając sobie sprawę z tego wniosku. Jakoś do tej pory to do niej nie dotarło, po prostu brała w ręce to, co przynosiło jej życie i próbowała jakoś wyjść z tych sytuacji, w których się znalazła. A obracając się w takim, a nie innym towarzystwie, określenie “dziwne” jakoś rzadko cisnęło jej się na usta. Może Christopher miał rację, mówiąc, że w jej życiu nie ma za dużo nudy… część z tych opowieści wynikała bezpośrednio z zawodu, jaki obrała, to na pewno. Ale ta druga część…? Zabiegi okoliczności, w których się po prostu znajdowała? Jak ten facet ze snów, nie podobny do nikogo.
– Fakt, burza to najmniejszy ze wszystkich problemów, jakie można spotkać na drodze – można się na przykład rankiem obudzić w kompletnej ruinie, wygodne łóżko może być kupą szmat na podłodze, a krople niedawnego deszczu kapać na środek czoła niczym bardzo wyrachowana tortura.
– Brzmi dobrze – czarna herbata i syrop malinowy przy takiej zawierusze i do ciasta czekoladowego albo kawowego brzmiało wręcz bardzo dobrze. Poproszona o zajęcie się ciastem zrobiła właśnie to, ale wolała wyczarować dla nich talerzyki i widelczyki, niż szukać po szafkach. Znała swoje zdolności i wiedziała, że takie zaklęcia w jej wykonaniu trochę się utrzymają, a po wszystkim nie trzeba będzie tego sprzątać.
– Z początku tak właśnie myślałam – przyznała. Że ktoś się włamał do ich domu i zaatakował ją przez sen – to znaczy jak już do niej dotarło, że ma na sobie rany. – Ale jak się zastanowisz to nie ma to sensu. Po pierwsze nikt temu nie przeszkodził, skrzaty nic nie słyszały, ani w ogóle nikt. A po drugie gdyby ktoś faktycznie fizycznie się wtedy włamał do mojego pokoju i zadał mi te rany fizycznie, to co stało na przeszkodzie, żeby mnie wykończyć? To nie było trudne. A zamiast tego miałam ślady duszenia i te wszystkie cięcia, które mi zadał we śnie – i ona sięgnęła teraz po kubek herbaty, cofając się pamięcią do końca maja. – I ja i Brenna obudziłyśmy się chyba w tym samym momencie z tego snu. Chwilę później była u nas w domu… i zabrała mnie do Munga – Victoria dość świadomie pominęła w tej historii Rookwooda, bo nie chciała znowu gadać o swoim byłym, poza tym musiałaby się zagłębiać w to co tam robił i dlaczego – a powodem był miłosny rytuał który dał mu znać, że Victorii grozi niebezpieczeństwo, i że pobił się z Brenną, a ona się tam wykrwawiała… a chyba nie chciała w tym momencie mówić o tym Chrisowi, zresztą jak by to zabrzmiało… – Ten pokój został oczywiście sprawdzony… Matka nie wpuszczała mnie do niego przez kilka dni, chyba go przejrzeli na wszystkie możliwe sposoby i nic. Za to jak byłam w Mungu to znowu miałam wrażenie, że jestem obserwowana. Niby nic, bo uzdrowiciele, inni ludzie i tak dalej… ale potem wypuścili mnie do domu i zabunkrowałam się w salonie, ciągle miałam wrażenie że coś się czai w cieniach, aż zasnęłam. I tym razem śnił mi się mugol w takim śmiesznym mugolskim ubraniu i kaloszach i z tą wielką bronią… i powiedział mi że powinnam mieć na jakiś czas spokój, bo go przegonił – proszę, oto była ta druga część historii, która sprawiła, że Victoria powiedziała Christopherowi, że miał szczęście. – Tym razem otwarte były drzwi na taras a skrzatka zarzekała się, że niewiele wcześniej je sprawdzała i były zamknięte – Victoria pamiętała, że wolała być wtedy w salonie tak w razie czego, żeby inni domownicy byli gdzieś w pobliżu, bo prawdę powiedziawszy nie czuła się wtedy za dobrze – mało zresztą powiedziane.
I z tymi słowami sięgnęła po ciasto kawowe. Jak gdyby nigdy nic, ale patrzyła spod rzęs na Rosiera.