26.07.2026, 19:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.07.2026, 19:29 przez Anthony Shafiq.)
Ciężko, jakże ciężko było zdiagnozować jego stan.
Zakochany – to słowo zdawało się tak obrzydliwie prymitywne i nie oddające stanu, w jakim jego dusza chciała śpiewać nawet po zmroku, gdy eliksiry nasenne sprowadzały na jego ciężkie powieki sprawiedliwy sen. Trywialność jego obecnego stanu obrzydzała go z takim samym natężeniem jak uskrzydlała, czyniąc personę zdającą się młodszą o dwadzieścia lat co było aż nazbyt widoczne w każdym geście, w tembrze głosu wysyconym tęsknotą, ale też, a może i przede wszystkim w dwóch srebrzystych zwierciadłach oczu, które lśniły niepohamowanym zachwytem doprawionym szczyptą wstydu, że czasy do tego typu uniesień realnie nie były najlepsze.
Anthony ganił się w swoich myślach za ową niefrasobliwość, za beztroskę sprawiającą, że unosił się - choćby i metaforycznie - kilka stóp nad ziemią. Il n'y a qu'un bonheur dans la vie, c'est d'aimer et d'être aimé – rozbrzmiewało w jego sercu niekończącą się modlitwą skierowaną ku temu, który ukradł mu serce jeszcze za czasów szkolnych, a teraz, właśnie teraz postanowił przyznać, że pragnie nazwać je swoim.
– Pani Kustosz! – mężczyzna rozpromienił się na widok Astorii Avery, bowiem w świecie w którym jego dusza wibrowała miłością, wszyscy zdawali mu się piękniejsi i przyjaźniejsi (nawiasem mówiąc, zdawał sobie w pełni sprawę, że w obliczu trwającej wojny domowej musi co prędzej pozbyć się tej jakże uciążliwej przywary, na rzecz uhodowanej przecież w ostatnim czasie całkiem pokaźnej paranoi i nieufności). Rozłożył momentalnie ramiona, witając się z nią wylewnie, po francusku, jako że tam poznali się po raz pierwszy gdy Astoria była jeszcze studentką. Po objęciu jednak ważnego i wymagającego stanowiska w galerii panna Avery podmieniona została przezeń na panią kustosz, co miało w sobie o wiele więcej pieszczoty i szacunku, aniżeli samo imię, które wydawało mu się zbyt mało nośne wobec ambicji jednej z bardziej lubianych przez niego członkiń stowarzyszenia. – Nic w sumie pilnego, potrzebuję dekoratora wnętrz do siedziby otwieranej przeze mnie Fundacji, ale chyba będę mieć problem z dostaniem się do naszej drogiej Josephine… Zdaje się zaiste nieuchwytna w ostatnim czasie – zauważył ze smutkiem, tak jakby on jakkolwiek był łatwy do uchwycenia teraz, gdy miłosny wiatr zawiał w jego żagle, a sam zainteresowany czuł się tak jakby właśnie ukończył Hogwart i mógł zrobić absolutnie wszystko.
– A co u Ciebie moja droga? Nad jakim projektem pracujesz teraz? Zdaje się, żeśmy się minęli u Lestrangów? Te nieznośne maski… z trudem kogokolwiek mogłem rozpoznać, ludzie rozpierzchli się tak prędko po ogrodzie, choć tutaj rzeczywiście trudno się dziwić, wszak ich nowe róże są, było nie było, zjawiskowe. – Podjął lekko, nie patrząc nawet na zegarek, skoro i tak miał na spotkanie w siedzibie MUZY odmierzonych kilka kwadransów, które teraz stały się szczęśliwym zbiegiem okoliczności możliwością nadrobienia kilku informacji związanych tak z Astorią, jak i całą galerią.
Zakochany – to słowo zdawało się tak obrzydliwie prymitywne i nie oddające stanu, w jakim jego dusza chciała śpiewać nawet po zmroku, gdy eliksiry nasenne sprowadzały na jego ciężkie powieki sprawiedliwy sen. Trywialność jego obecnego stanu obrzydzała go z takim samym natężeniem jak uskrzydlała, czyniąc personę zdającą się młodszą o dwadzieścia lat co było aż nazbyt widoczne w każdym geście, w tembrze głosu wysyconym tęsknotą, ale też, a może i przede wszystkim w dwóch srebrzystych zwierciadłach oczu, które lśniły niepohamowanym zachwytem doprawionym szczyptą wstydu, że czasy do tego typu uniesień realnie nie były najlepsze.
Anthony ganił się w swoich myślach za ową niefrasobliwość, za beztroskę sprawiającą, że unosił się - choćby i metaforycznie - kilka stóp nad ziemią. Il n'y a qu'un bonheur dans la vie, c'est d'aimer et d'être aimé – rozbrzmiewało w jego sercu niekończącą się modlitwą skierowaną ku temu, który ukradł mu serce jeszcze za czasów szkolnych, a teraz, właśnie teraz postanowił przyznać, że pragnie nazwać je swoim.
– Pani Kustosz! – mężczyzna rozpromienił się na widok Astorii Avery, bowiem w świecie w którym jego dusza wibrowała miłością, wszyscy zdawali mu się piękniejsi i przyjaźniejsi (nawiasem mówiąc, zdawał sobie w pełni sprawę, że w obliczu trwającej wojny domowej musi co prędzej pozbyć się tej jakże uciążliwej przywary, na rzecz uhodowanej przecież w ostatnim czasie całkiem pokaźnej paranoi i nieufności). Rozłożył momentalnie ramiona, witając się z nią wylewnie, po francusku, jako że tam poznali się po raz pierwszy gdy Astoria była jeszcze studentką. Po objęciu jednak ważnego i wymagającego stanowiska w galerii panna Avery podmieniona została przezeń na panią kustosz, co miało w sobie o wiele więcej pieszczoty i szacunku, aniżeli samo imię, które wydawało mu się zbyt mało nośne wobec ambicji jednej z bardziej lubianych przez niego członkiń stowarzyszenia. – Nic w sumie pilnego, potrzebuję dekoratora wnętrz do siedziby otwieranej przeze mnie Fundacji, ale chyba będę mieć problem z dostaniem się do naszej drogiej Josephine… Zdaje się zaiste nieuchwytna w ostatnim czasie – zauważył ze smutkiem, tak jakby on jakkolwiek był łatwy do uchwycenia teraz, gdy miłosny wiatr zawiał w jego żagle, a sam zainteresowany czuł się tak jakby właśnie ukończył Hogwart i mógł zrobić absolutnie wszystko.
– A co u Ciebie moja droga? Nad jakim projektem pracujesz teraz? Zdaje się, żeśmy się minęli u Lestrangów? Te nieznośne maski… z trudem kogokolwiek mogłem rozpoznać, ludzie rozpierzchli się tak prędko po ogrodzie, choć tutaj rzeczywiście trudno się dziwić, wszak ich nowe róże są, było nie było, zjawiskowe. – Podjął lekko, nie patrząc nawet na zegarek, skoro i tak miał na spotkanie w siedzibie MUZY odmierzonych kilka kwadransów, które teraz stały się szczęśliwym zbiegiem okoliczności możliwością nadrobienia kilku informacji związanych tak z Astorią, jak i całą galerią.