26.07.2026, 15:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.07.2026, 15:52 przez Lorien Mulciber.)
Nie pamiętała kiedy dokładnie opuściła Mulciber Manor. Pożegnała się z Charlotte, a potem… po prostu wyszła. Zniknęła im wszystkim z oczu. Poszła na spacer na cmentarz. Zajrzała na wrzosowiska. Chciała być sama - teleportowała się więc w miejsce, gdzie samotnością można było się wręcz udławić. Na Pokątną. Gwarna ulica pełna była kolorowych świateł, świątecznych zapachów i rodzin, które zmierzały do domów ucztować i bawić się aż do rana.
Nogi zaprowadziły ją do niemagicznych dzielnic, wprost do Ministerstwa Magii. Do budki telefonicznej. W dół. Przez praktycznie opustoszałe Atrium. Na II piętro. Do jej gabinetu. Jedynego miejsca na świecie, gdzie jej obecność nie była kwestionowana.
Zatrzymała się przed uchylonymi drzwiami Biura Aurorów. W środku świeciło się światło. Jaka była szansa, że go zastanie w środku?
Rozum podpowiedział jej, że całkiem spora. Serce, że praktycznie żadna, bo otoczony innymi nieszczęśnikami, którzy nie dostali urlopu na Mabon, równie dobrze mógłby być dla niej nieobecny. Mimo to pchnęła drzwi i przystanęła na progu.
Lorien.
Zatrzymała błądzący po chwilowo opustoszałym Biurze wzrok na biurku Moody’ego. Przez chwilę nawet ucieszyła się, że go widzi. Przyszła przecież po prostu go zapytać czemu nie spędza świąt z rodziną i zaproponować, że przyniesie kawę. A potem zamknął za nią drzwi.
- Pamięta pani jeszcze naszą rozmowę…
Nie musiał kończyć. Pamiętała. Ale pamiętała też, gdy spytał jakie lubi kwiaty; jak niby przypadkiem splótł ich palce razem na meczu Quidditcha; jego proste chcę.
Nie potrafiła pojąć czemu na nią tak teraz patrzy. Byli przecież sami. Jaką bitwę chciał tym razem wygrać? Z kim walczył? Z nią? Z samym sobą? Potrzebowała chwili, by zrozumieć, że siedzi przed nią auror nie Aaron.
Kiedy jednak to sobie uświadomiła, wszystko stało się oczywiste. Gdyby wiedziała, że przyjdzie jej rozmawiać z odznaką i upartym starym osłem, nie przyszłaby wcale. Nie dzisiaj.
Podeszła jednak bliżej, wsparła się o blat.
Teraz mógł jej się naprawdę przyjrzeć. Wciąż była ubrana w szatę, w której pojawiła się na kolacji w Mulciber Manor. Przedpotopowej, niemodnej, zdartej z trupa jakim była młoda Selina Ayers. Ciężki atłas w odcieniu jasnej żółci otulał jej drobne ciało, szeleszcząc przy każdym kroku. Nie unosiła spódnicy, pozwoliła jej zbierać kurz z kamiennej posadzki Ministerstwa Magii, tak jak chwilę wcześniej - pył z londyńskiej ulicy. Brud przylepił się do bogato zdobionego rąbka sukni, która nigdy nie powinna być noszona na zewnątrz. Gdzieś zgubiła jeden ze srebrnych guzików przy kołnierzyku. Może odpadł, może oderwała go i wręczyła żebrakowi, którego spotkała skulonego w zaułku za Dziurawym Kotłem.
- Zgłosiłem sprawę, bo to było właściwym.
- Hm.- Mruknęła pod nosem. Czego od niej w tym momencie oczekiwał? Gratulacji? Orderu Merlina I klasy? Całusa w policzek? Nadal nie rozumiał, że tak naprawdę nie było żadnego wyboru? Akta musiały zostać złożone. Koło musiało zostać wprawione w ruch, a Korolev musiał ponieść karę za atak na sędzię Wizengamotu. Na Ministerstwo Magii.
Jeśli nie on, to ktoś inny spisałby jej zeznania.
Dała mu po prostu szansę, by wybrać stronę. Wybrać ją.
Wcale nie chciał towarzysza w swoich rozważaniach. Naprawdę, ktoś taki jak Aaron Moody nie potrzebował, żeby ktoś mu odpowiedział na pytanie gdzie leży granica usprawiedliwialnej przemocy. Sam sobie na to odpowiedział wiele lat temu. Była tylko katalizatorem wydarzeń, które musiały się rozegrać, by Aaron tę granicę po prostu przekroczył, tak jak przekroczył ją niegdyś Clemens Longbottom. Tak jak przekroczył ją Korolev.
Byli siebie warci.
Patrzyła na jego uniesioną dłoń… zwyczajnie obojętnie, bez cienia gniewu czy urazy. Nie zapowietrzyła się jak to czasami miała w zwyczaju, nie uniosła z niedowierzaniem brwi. Po prostu poczekała aż zaspokoi potrzebę dominowania nad wszystkim w tym Biurze, włącznie z nią. Męska próżność była momentami tak cholernie męcząca.
Przypominał jej teraz Richarda. On też próbował ją uciszyć zanim w ogóle otworzyła usta. Ale nie było tu jej brata. Musiałaby walczyć sama. Przed rozwalonym na krześle aurorem, który nawet nie zdobył się, by wstać jej na przywitanie i ucałować dłoni, nie miała już sił świecić swoją pozycją. Naiwnie przecież wierzyła, że nie musi.
Prawdą było to, że Aaron Moody mógł żądać czegokolwiek jego dusza zapragnie. Nie on pierwszy, z pewnością też nie ostatni. Ludzie nieustannie czegoś od niej chcieli - czasem były to rzeczy przyziemne - pieniądze, uczucia, głos w tej czy innej sprawie. Innymi razy potrzebowali zapewnień, usprawiedliwienia dla swoich czynów i wyznaczenia pokuty. Kto jak nie sędzia mógł ułaskawić ich czyny? Takie było ich prawo. Takie było jego prawo. Prawem Lorien było natomiast te żądania kompletnie zignorować. I to właśnie zamierzała zrobić.
Zamiast mu odpowiedzieć, wyciągnęła po prostu swoją dłoń w stronę popielniczki.
Zwabiony znajomą magią dementorek, otrząsnął się z popiołu i uczepił jej palca, wbijając kościste paluszki. Nie odrywała od niego wzroku, gdy się wspinał, mozolnie walcząc z każdym jej ruchem. Z kieszeni szaty wyciągnęła miniaturową klatkę sprezentowaną jej tego wieczoru przez Philomenę. Zamknięty w niej od niemal dwóch dekad zabawkowy mag podzwaniał nieszczęśliwie łańcuchami. Odstawiła zabawkę na biurko aurora, przysuwając do niej zachwyconego dementorka, który natychmiast zapomniał o swojej kąpieli w popielniczce. Zamiast tego zawisł na kratach, próbując dosięgnąć do maga, gdy ten skulił się w kącie. Oto był ich wymiar sprawiedliwości. Ot, dziecinna zabawa.
- Lubi pan, panie Moody używać prostych słów do określania trudnych spraw. Decyzji, których nie sposób w ten sposób opisać. Sprowadź je do tak czy nie, eliminuj argumentację, a to co nazywasz “rozważaniem” zmieni się w upośledzone gdybanie. Może nie różnisz się od tych, których mój ojciec usypiał swoimi przemowami na sali sądowej. Jakie to kurwa rozczarowujące.- Powiedziała wreszcie. Ciekawe czy on zapamiętał co mówiła mu o aparacie pojęciowym. Dopiero teraz zdecydowała się w ogóle spojrzeć w jasne oczy aurora.
- Czyją chcesz odpowiedź Aaronie. Sędzi czy kobiety? Która mniej cię zawiedzie?
Nogi zaprowadziły ją do niemagicznych dzielnic, wprost do Ministerstwa Magii. Do budki telefonicznej. W dół. Przez praktycznie opustoszałe Atrium. Na II piętro. Do jej gabinetu. Jedynego miejsca na świecie, gdzie jej obecność nie była kwestionowana.
Zatrzymała się przed uchylonymi drzwiami Biura Aurorów. W środku świeciło się światło. Jaka była szansa, że go zastanie w środku?
Rozum podpowiedział jej, że całkiem spora. Serce, że praktycznie żadna, bo otoczony innymi nieszczęśnikami, którzy nie dostali urlopu na Mabon, równie dobrze mógłby być dla niej nieobecny. Mimo to pchnęła drzwi i przystanęła na progu.
Lorien.
Zatrzymała błądzący po chwilowo opustoszałym Biurze wzrok na biurku Moody’ego. Przez chwilę nawet ucieszyła się, że go widzi. Przyszła przecież po prostu go zapytać czemu nie spędza świąt z rodziną i zaproponować, że przyniesie kawę. A potem zamknął za nią drzwi.
- Pamięta pani jeszcze naszą rozmowę…
Nie musiał kończyć. Pamiętała. Ale pamiętała też, gdy spytał jakie lubi kwiaty; jak niby przypadkiem splótł ich palce razem na meczu Quidditcha; jego proste chcę.
Nie potrafiła pojąć czemu na nią tak teraz patrzy. Byli przecież sami. Jaką bitwę chciał tym razem wygrać? Z kim walczył? Z nią? Z samym sobą? Potrzebowała chwili, by zrozumieć, że siedzi przed nią auror nie Aaron.
Kiedy jednak to sobie uświadomiła, wszystko stało się oczywiste. Gdyby wiedziała, że przyjdzie jej rozmawiać z odznaką i upartym starym osłem, nie przyszłaby wcale. Nie dzisiaj.
Podeszła jednak bliżej, wsparła się o blat.
Teraz mógł jej się naprawdę przyjrzeć. Wciąż była ubrana w szatę, w której pojawiła się na kolacji w Mulciber Manor. Przedpotopowej, niemodnej, zdartej z trupa jakim była młoda Selina Ayers. Ciężki atłas w odcieniu jasnej żółci otulał jej drobne ciało, szeleszcząc przy każdym kroku. Nie unosiła spódnicy, pozwoliła jej zbierać kurz z kamiennej posadzki Ministerstwa Magii, tak jak chwilę wcześniej - pył z londyńskiej ulicy. Brud przylepił się do bogato zdobionego rąbka sukni, która nigdy nie powinna być noszona na zewnątrz. Gdzieś zgubiła jeden ze srebrnych guzików przy kołnierzyku. Może odpadł, może oderwała go i wręczyła żebrakowi, którego spotkała skulonego w zaułku za Dziurawym Kotłem.
- Zgłosiłem sprawę, bo to było właściwym.
- Hm.- Mruknęła pod nosem. Czego od niej w tym momencie oczekiwał? Gratulacji? Orderu Merlina I klasy? Całusa w policzek? Nadal nie rozumiał, że tak naprawdę nie było żadnego wyboru? Akta musiały zostać złożone. Koło musiało zostać wprawione w ruch, a Korolev musiał ponieść karę za atak na sędzię Wizengamotu. Na Ministerstwo Magii.
Jeśli nie on, to ktoś inny spisałby jej zeznania.
Dała mu po prostu szansę, by wybrać stronę. Wybrać ją.
Wcale nie chciał towarzysza w swoich rozważaniach. Naprawdę, ktoś taki jak Aaron Moody nie potrzebował, żeby ktoś mu odpowiedział na pytanie gdzie leży granica usprawiedliwialnej przemocy. Sam sobie na to odpowiedział wiele lat temu. Była tylko katalizatorem wydarzeń, które musiały się rozegrać, by Aaron tę granicę po prostu przekroczył, tak jak przekroczył ją niegdyś Clemens Longbottom. Tak jak przekroczył ją Korolev.
Byli siebie warci.
Patrzyła na jego uniesioną dłoń… zwyczajnie obojętnie, bez cienia gniewu czy urazy. Nie zapowietrzyła się jak to czasami miała w zwyczaju, nie uniosła z niedowierzaniem brwi. Po prostu poczekała aż zaspokoi potrzebę dominowania nad wszystkim w tym Biurze, włącznie z nią. Męska próżność była momentami tak cholernie męcząca.
Przypominał jej teraz Richarda. On też próbował ją uciszyć zanim w ogóle otworzyła usta. Ale nie było tu jej brata. Musiałaby walczyć sama. Przed rozwalonym na krześle aurorem, który nawet nie zdobył się, by wstać jej na przywitanie i ucałować dłoni, nie miała już sił świecić swoją pozycją. Naiwnie przecież wierzyła, że nie musi.
Prawdą było to, że Aaron Moody mógł żądać czegokolwiek jego dusza zapragnie. Nie on pierwszy, z pewnością też nie ostatni. Ludzie nieustannie czegoś od niej chcieli - czasem były to rzeczy przyziemne - pieniądze, uczucia, głos w tej czy innej sprawie. Innymi razy potrzebowali zapewnień, usprawiedliwienia dla swoich czynów i wyznaczenia pokuty. Kto jak nie sędzia mógł ułaskawić ich czyny? Takie było ich prawo. Takie było jego prawo. Prawem Lorien było natomiast te żądania kompletnie zignorować. I to właśnie zamierzała zrobić.
Zamiast mu odpowiedzieć, wyciągnęła po prostu swoją dłoń w stronę popielniczki.
Zwabiony znajomą magią dementorek, otrząsnął się z popiołu i uczepił jej palca, wbijając kościste paluszki. Nie odrywała od niego wzroku, gdy się wspinał, mozolnie walcząc z każdym jej ruchem. Z kieszeni szaty wyciągnęła miniaturową klatkę sprezentowaną jej tego wieczoru przez Philomenę. Zamknięty w niej od niemal dwóch dekad zabawkowy mag podzwaniał nieszczęśliwie łańcuchami. Odstawiła zabawkę na biurko aurora, przysuwając do niej zachwyconego dementorka, który natychmiast zapomniał o swojej kąpieli w popielniczce. Zamiast tego zawisł na kratach, próbując dosięgnąć do maga, gdy ten skulił się w kącie. Oto był ich wymiar sprawiedliwości. Ot, dziecinna zabawa.
- Lubi pan, panie Moody używać prostych słów do określania trudnych spraw. Decyzji, których nie sposób w ten sposób opisać. Sprowadź je do tak czy nie, eliminuj argumentację, a to co nazywasz “rozważaniem” zmieni się w upośledzone gdybanie. Może nie różnisz się od tych, których mój ojciec usypiał swoimi przemowami na sali sądowej. Jakie to kurwa rozczarowujące.- Powiedziała wreszcie. Ciekawe czy on zapamiętał co mówiła mu o aparacie pojęciowym. Dopiero teraz zdecydowała się w ogóle spojrzeć w jasne oczy aurora.
- Czyją chcesz odpowiedź Aaronie. Sędzi czy kobiety? Która mniej cię zawiedzie?