Nawet gdyby było to bliżej, to i tak Yaxleyowie raczej byli zajęci swoimi sprawami, a nie tym, by chodzić po sąsiadach z kuszą w ręce. A smoki trzymały się z dala od ludzkich siedzib – i niech dzięki będą za to Matce.
– Do tego wystarczy po prostu dzień – co prawda mogło wtedy lać jak z cebra, natomiast widoczność powinna być wystarczająca, żeby obejrzeć sobie ogród przez okno. Nie było to co prawda to samo, co osobiste przejście się wokół domu, które byłoby w tej sytuacji pożądane, ale już mogło powiedzieć chociaż tyle, czy jest na co liczyć, czy może wcale nie. Ale kto wie, może po tej wielkiej burzy, przyjdzie całkiem spokojny dzień?
Zaś nieporozumienie, które im tutaj tak pięknie wykwitło, było równie ogłupiające dla Christophera, co dla Victorii, prawdę powiedziawszy. Myśli potrafiły ją czasami zwieść na manowce, myślała za dużo i zbyt intensywnie, czasami coś nadinterpretowała, zwłaszcza w tak delikatnej sytuacji jak ta, która też po części wchodziła na jej poczucie pewności siebie: blizny, które zostały jej po tamtym ataku nie były piękne, nie dodawały jej urody, tylko ją odejmowały – tak uważała. A która kobieta nie chciała się podobać? Tak, Victoria nie mogłaby powiedzieć, że jest brzydka, gdzieś podświadomie wiedziała, że zwraca na siebie uwagę wielu mężczyzn, tyle że tutaj wchodziło to wielkie ale, które przez miesiące wbiło jej się to tej głupiej głowy i było jak wąż, podskórnie toczący swoją jadowitą truciznę. A mianowicie to, że jednak coś jest z nią nie tak, że jest niewystarczająca, a te blizny… te które zostały jej w pamiątce po ataku, nie polepszały sytuacji. Robiła wiele, by je ukryć, by je zmniejszyć, ale nadal to wymagało czasu i konsekwencji w pielęgnowaniu śladów po ranach, a i tak nie miała pewności, że któregoś dnia w końcu znikną i w jej głowie jawiły się jakimś brzydkim piętnem, przez które nie jest warta tyle, ile powinna być. Na co dzień zdawała się nie zwracać na to uwagi, ale nie dało się ukryć, że był to jakiś taki czuły punkt, przez który odrobinę teraz spanikowała.
– Tak, okej – odparła, powstrzymując kolejne przeprosiny, które niechciane cisnęły jej się na usta, ale zdołała się ugryźć w język. – Tak, zamieszałam trochę – choćby w tym, że mu nie powiedziała, że i jej śnił się ten mugol. I to niedługo po tym, jak została zaatakowana, stąd była niemal pewna, że jedno jest powiązane z drugim. Uśmiechnęła się za to do Chrisa, chcąc mu niewerbalnie dać znać, że wszystko jest okej i złapała go za rękę, którą do niej wyciągnął i wtedy…
Nic się nie wydarzyło.
Czarnowłosa przekrzywiła lekko głowę, patrząc na Christophera z lekkim skonsternowaniem.
– Co nie działa? Teleportacja? – dopytała i wtedy blondyn spróbował o te kilka kroków i na moment stracił równowagę. I ona spróbowała, skupiając się na pustym pokoju mogącym być pracownią Chrisa… ale nie poczuła znajomego szarpnięcia i uczucia wciągania, wsysania w nicość. Skończyło się na tym, że zupełnie tak jak Chis rpzed chwilą, po prostu stała w miejscu. – Hmmm – mruknęła i zmarszczyła brwi, zakładając ręce na klatce piersiowej i zapatrzyła się w okno. – Chwila… – wymamrotała i bez ostrzeżenia przeszła do drzwi tarasowych, by je otworzyć. Tak, na zewnątrz padało, ale już kiedyś coś podobnego jej się przydarzyło.
Była wtedy z Saurielem i utknęli na zadupiu. Wtedy też deszcz lał się z nieba jak z cebra. Też panowała burza. Ale musiała wyjrzeć na zewnątrz, chciała poczuć to powietrze, jakby miało nieść jakąś odpowiedź na to, co się dzieje i dlaczego nie mogą się teleportować. Wiatr dął, sprawiając, że deszcz zacinał pod kątem, ale Victoria nie zamierzała się tym przejmować i po prostu wyszła na zewnątrz. Spróbowała i tam, bez skutku.