21.07.2026, 20:25 ✶
Nie miała dla niego gotowej odpowiedzi, gdy zapytał, czy inaczej rozumiała jako gorzej. Popchnął tym czarownicę ku nieoczekiwanej introspekcji, która miała ją przymusić do obejrzenia kształtów swoich własnych uczuć wobec Leviathana, do ocenienia ich. Nie chciała nadawać oceny dyktandom swojego serca ani rozważać, czy ona jako kobieta jest dla Leviathana dobra. Zwartościowanie tej relacji wymagałoby dopuszczenia możliwości krytyki. Helloise krytka nie interesowała.
Bezczelne zadowolenie w jej spojrzeniu przygasło, oczy pociemniały. Usta poruszyły się wpierw nieme, później dopiero odnalazły słowa:
— To zależy w pełni od twoich smaków. Moje zdanie nie rozstrzygnie o tym, co dla ciebie będzie najsłodszym. — I były to słowa szczere, mimo że kusiło ją otulić Leviathana szczelnie kwiecistymi zapewnieniami o tym, że niczego ponad nią w życiu doświadczy, po czym wystarać się, aby z jej warg scałował czystą amortencję. — Myślę czasem o tym, co mógłbyś mi dać i co mogłabym wziąć sama. Kwestię możliwości zawsze rozważam jako rozwiązywalny problem. Niemożliwość wielu rzeczy polega wyłącznie na tym, że wymagają tak wiele poświęcenia, że nagroda przestaje być atrakcyjna. Lecz ludzie jak ty czy ja mogą dosięgnąć tak wiele… Czy nie dlatego skusiły cię obietnice Voldemorta? Żeby więcej było tak, jak ty sobie życzysz? — zakończyła cicho.
Uśmiech powrócił na jej usta, gdy została pociągnięta w samo serce jego domu.
Nie było księżyca, który odciąłby jego sylwetkę na tle mroków sypialni i oblał szarawe łuski srebrzystym blaskiem, gdy leżeli obok siebie tej nocy. Choć rytm oddechu śpiącego Leviathana był hipnotyzująco równy, Helloise nie potrafiła popłynąć za nim i jego wzorem wpaść w objęcia snu. Tak łatwo zwykle odpływała, a jednak przy nim jej myśli stawały się drażniąco skłębione i nie chciały odejść. Krążyły wokół abstrakcyjnych dylematów, których kobieta uparcie nie próbowała rozwiązywać, niezależnie od tego, jak natrętnie jej się narzucały.
Aby odwrócić od nich uwagę, rozważała mężczyznę obok siebie na inne sposoby. Leżąc z szeroko otwartymi, piekącymi ze zmęczenia oczyma, rozważała profil jego twarzy i rozważała jego usta. Sięgnęła kształtnych, mocnych dłoni mężczyzny, który pracował z najbardziej wymagającymi dziećmi natury, a ta dopominała się od niego siły mięśni. Helloise rozprostowała swoimi palcami palce śpiącego, w tym śnie swobodne, niestawiające oporu. Puściła, pozwoliła im wrócić do naturalnej pozycji. Przesunęła dłoń w górę ramienia Rowle'a, gdzie łuska wgryzała się w ciało; prześledziła pod opuszkami granicę między człowiekiem a gadem.
Potworem — mówili niektórzy. Helloise czasem trudno było dojrzeć horror smoczej łuski, bo tak długo żyła obok ludzi nią dotkniętych, lecz gdy ją dostrzegała, to nigdy Leviathan, Seisyll, Helena czy Lazarus nie byli dla niej potwornością, a sama klątwa, która ich trawiła. Mimo że nie wzdrygał jej kontakt z gadzią naturą, niekiedy przeszywała ją na wskroś groza i dziwaczność tego, że coś pożerało jej bliskich. Obdzierało Leviathana ze skóry mężczyzny skrawek po skrawku i próbowało przemienić go w bestię, karykaturę podniebnej potęgi nawleczoną na słaby ludzki szkielet w wyrazie wyrafinowanej kpiny skierowanej w Rowle’ów. Nikt nie wiedział jeszcze, jakie będzie finalne stadium choroby.
Choroba kaleczyła braci czarownicy i z tego tylko powodu gotowa była ona jej nienawidzić. Akt bycia strawionym przez zezwierzęcającą klątwę przerażał, lecz jednocześnie zawierał się w nim element pierwotności, który Helloise fascynował. Nie potrafiła oddalić ekscytacji, która nakazywała wstrzymywać oddech, gdy czuła zwierzęcą teksturę pod palcami, którymi muskała łuski Leviathana. Przyciągała ją tajemnica magii, która miała moc tak człowieka przemienić.
Kobieta podniosła się na łokciu, aby pełniej spojrzeć na śpiącego przy niej czarodzieja i zapamiętać, jak rozległa była siateczka łusek. Eksplorujące go palce zsunęły się z gadziego obojczyka na miękką, ludzką skórę. Wciąż było w Leviathanie tak wiele z człowieka. Helloise oderwała od niego rękę, zawieszając koniuszki palców nad falującą piersią. Śmiele obcowała z wżerającą się w mężczyznę złowrogą potwornością, lecz człowieczeństwo i ludzka strona Leviathana wzbudziły zawahanie.
Dotyki, które nigdy się nie wydarzyły, owionęły ciało czarodzieja widmem swojej obecności. Wiedźma pewnie poprowadziła nad mężczyzną nieuchwytne ciepło dłoni wiedzących, jak po Rowle'u iść, mimo że nie odważyła się odcisnąć na ludzkiej skórze śladu. Zgrabne, smukłe palce precyzyjnie i bez wysiłku uciekły między jego blizny, nie dotykając ich. Ręce Helloise były rękami zdolnej rzemieślniczki. Studiowała śpiącego niby formę zachwycającej rzeźby, aby, prześledziwszy kształty, lepiej poznać ją i zapamiętać. Niekiedy z fascynacją odkrywała znajome krzywizny, w których zapisane było subtelne podobieństwo do niej samej.
On był wciąż młody, lecz już potrafiła dostrzec w nim podobieństwo do znanych z malowideł wizerunków przodków. Gdy okrzepnie w nim siła i autorytet, rodowa duma będzie widoczna nawet spod smoczej łuski. Jego podobizna doskonale uzupełni kolekcję portretów tych, którzy szli przed nim. Helloise potrafiła wyobrazić sobie Leviathana w obrazie, gdzie smocze cielska wiją się wśród przestworzy, uderzają potężnymi skrzydłami, wzbudzając wichrzysko, od którego uginają się olbrzymie drzewa walijskich lasów, lecz tak jak dom Rowle’ów wzniesiono na skałach, tak na skale trwałby Leviathan nieporuszony niczym, co działo się nad nim. Przejdą wieki i pogrzebią pamięć tego, jakim Leviathan Rowle był człowiekiem; pod jego portret przyjdą młodzi chłopcy, potomkowie smoczego rodu, aby szukać inspiracji dla męstwa i siły. Portret przechowa wizerunek czarodzieja, lecz nie przechowa jego człowieczeństwa. Nie przechowa tej młodej, świeżej twarzy mężczyzny, który leżał obok Helloise tej nocy. Nie zapamięta jego zalet, wad, błędów, czułości. Nie zapamięta ciężaru jego głowy, gdy zasnął wcześniej tego dnia na jej ramieniu. Wspomnienia o żywym Leviathanie należały do niej. Wykradnie go w objęciach swojej pamięci. Porwie Leviathana, żeby po wieki żył w Kniei uwięziony wewnątrz jej świadomości zrośniętej z duchem pradawnego lasu.
W ciemności sypialni sylwetka Helloise zawisła nad śpiącym mężczyzną z ustami przy ustach. Czuła jego oddech na swoich wargach, chciała przesycić go własnym oddechem. Wślizgnąć się na samo dno jego duszy, stopić z jego krwią — jego krew, jej krew, rozlano je z tego samego naczynia. Gdyby je złączyć na powrót, może raz na zawsze ukoiłoby to jej tęsknotę, bo choć wychowywali się w jednym gnieździe, światy ich podzieliły. Zawieszona przy Leviathanie, śpiącym i nieświadomym, odnosiła wrażenie, jakby spoglądała na niego z odrębnej rzeczywistości: był tak blisko, że czuła jego ciepło skóra przy skórze, lecz aby dostać go dla siebie, musiałaby przemocą rozerwać coś w strukturze jego świata.
Helloise odsunęła się od ust Leviathana, aby na jego czole złożyć cienki, delikatny pocałunek.
poprzednie pole zrobione; losujemy dalej:
!BINGO D5
Bezczelne zadowolenie w jej spojrzeniu przygasło, oczy pociemniały. Usta poruszyły się wpierw nieme, później dopiero odnalazły słowa:
— To zależy w pełni od twoich smaków. Moje zdanie nie rozstrzygnie o tym, co dla ciebie będzie najsłodszym. — I były to słowa szczere, mimo że kusiło ją otulić Leviathana szczelnie kwiecistymi zapewnieniami o tym, że niczego ponad nią w życiu doświadczy, po czym wystarać się, aby z jej warg scałował czystą amortencję. — Myślę czasem o tym, co mógłbyś mi dać i co mogłabym wziąć sama. Kwestię możliwości zawsze rozważam jako rozwiązywalny problem. Niemożliwość wielu rzeczy polega wyłącznie na tym, że wymagają tak wiele poświęcenia, że nagroda przestaje być atrakcyjna. Lecz ludzie jak ty czy ja mogą dosięgnąć tak wiele… Czy nie dlatego skusiły cię obietnice Voldemorta? Żeby więcej było tak, jak ty sobie życzysz? — zakończyła cicho.
Uśmiech powrócił na jej usta, gdy została pociągnięta w samo serce jego domu.
Nie było księżyca, który odciąłby jego sylwetkę na tle mroków sypialni i oblał szarawe łuski srebrzystym blaskiem, gdy leżeli obok siebie tej nocy. Choć rytm oddechu śpiącego Leviathana był hipnotyzująco równy, Helloise nie potrafiła popłynąć za nim i jego wzorem wpaść w objęcia snu. Tak łatwo zwykle odpływała, a jednak przy nim jej myśli stawały się drażniąco skłębione i nie chciały odejść. Krążyły wokół abstrakcyjnych dylematów, których kobieta uparcie nie próbowała rozwiązywać, niezależnie od tego, jak natrętnie jej się narzucały.
Aby odwrócić od nich uwagę, rozważała mężczyznę obok siebie na inne sposoby. Leżąc z szeroko otwartymi, piekącymi ze zmęczenia oczyma, rozważała profil jego twarzy i rozważała jego usta. Sięgnęła kształtnych, mocnych dłoni mężczyzny, który pracował z najbardziej wymagającymi dziećmi natury, a ta dopominała się od niego siły mięśni. Helloise rozprostowała swoimi palcami palce śpiącego, w tym śnie swobodne, niestawiające oporu. Puściła, pozwoliła im wrócić do naturalnej pozycji. Przesunęła dłoń w górę ramienia Rowle'a, gdzie łuska wgryzała się w ciało; prześledziła pod opuszkami granicę między człowiekiem a gadem.
Potworem — mówili niektórzy. Helloise czasem trudno było dojrzeć horror smoczej łuski, bo tak długo żyła obok ludzi nią dotkniętych, lecz gdy ją dostrzegała, to nigdy Leviathan, Seisyll, Helena czy Lazarus nie byli dla niej potwornością, a sama klątwa, która ich trawiła. Mimo że nie wzdrygał jej kontakt z gadzią naturą, niekiedy przeszywała ją na wskroś groza i dziwaczność tego, że coś pożerało jej bliskich. Obdzierało Leviathana ze skóry mężczyzny skrawek po skrawku i próbowało przemienić go w bestię, karykaturę podniebnej potęgi nawleczoną na słaby ludzki szkielet w wyrazie wyrafinowanej kpiny skierowanej w Rowle’ów. Nikt nie wiedział jeszcze, jakie będzie finalne stadium choroby.
Choroba kaleczyła braci czarownicy i z tego tylko powodu gotowa była ona jej nienawidzić. Akt bycia strawionym przez zezwierzęcającą klątwę przerażał, lecz jednocześnie zawierał się w nim element pierwotności, który Helloise fascynował. Nie potrafiła oddalić ekscytacji, która nakazywała wstrzymywać oddech, gdy czuła zwierzęcą teksturę pod palcami, którymi muskała łuski Leviathana. Przyciągała ją tajemnica magii, która miała moc tak człowieka przemienić.
Kobieta podniosła się na łokciu, aby pełniej spojrzeć na śpiącego przy niej czarodzieja i zapamiętać, jak rozległa była siateczka łusek. Eksplorujące go palce zsunęły się z gadziego obojczyka na miękką, ludzką skórę. Wciąż było w Leviathanie tak wiele z człowieka. Helloise oderwała od niego rękę, zawieszając koniuszki palców nad falującą piersią. Śmiele obcowała z wżerającą się w mężczyznę złowrogą potwornością, lecz człowieczeństwo i ludzka strona Leviathana wzbudziły zawahanie.
Dotyki, które nigdy się nie wydarzyły, owionęły ciało czarodzieja widmem swojej obecności. Wiedźma pewnie poprowadziła nad mężczyzną nieuchwytne ciepło dłoni wiedzących, jak po Rowle'u iść, mimo że nie odważyła się odcisnąć na ludzkiej skórze śladu. Zgrabne, smukłe palce precyzyjnie i bez wysiłku uciekły między jego blizny, nie dotykając ich. Ręce Helloise były rękami zdolnej rzemieślniczki. Studiowała śpiącego niby formę zachwycającej rzeźby, aby, prześledziwszy kształty, lepiej poznać ją i zapamiętać. Niekiedy z fascynacją odkrywała znajome krzywizny, w których zapisane było subtelne podobieństwo do niej samej.
On był wciąż młody, lecz już potrafiła dostrzec w nim podobieństwo do znanych z malowideł wizerunków przodków. Gdy okrzepnie w nim siła i autorytet, rodowa duma będzie widoczna nawet spod smoczej łuski. Jego podobizna doskonale uzupełni kolekcję portretów tych, którzy szli przed nim. Helloise potrafiła wyobrazić sobie Leviathana w obrazie, gdzie smocze cielska wiją się wśród przestworzy, uderzają potężnymi skrzydłami, wzbudzając wichrzysko, od którego uginają się olbrzymie drzewa walijskich lasów, lecz tak jak dom Rowle’ów wzniesiono na skałach, tak na skale trwałby Leviathan nieporuszony niczym, co działo się nad nim. Przejdą wieki i pogrzebią pamięć tego, jakim Leviathan Rowle był człowiekiem; pod jego portret przyjdą młodzi chłopcy, potomkowie smoczego rodu, aby szukać inspiracji dla męstwa i siły. Portret przechowa wizerunek czarodzieja, lecz nie przechowa jego człowieczeństwa. Nie przechowa tej młodej, świeżej twarzy mężczyzny, który leżał obok Helloise tej nocy. Nie zapamięta jego zalet, wad, błędów, czułości. Nie zapamięta ciężaru jego głowy, gdy zasnął wcześniej tego dnia na jej ramieniu. Wspomnienia o żywym Leviathanie należały do niej. Wykradnie go w objęciach swojej pamięci. Porwie Leviathana, żeby po wieki żył w Kniei uwięziony wewnątrz jej świadomości zrośniętej z duchem pradawnego lasu.
W ciemności sypialni sylwetka Helloise zawisła nad śpiącym mężczyzną z ustami przy ustach. Czuła jego oddech na swoich wargach, chciała przesycić go własnym oddechem. Wślizgnąć się na samo dno jego duszy, stopić z jego krwią — jego krew, jej krew, rozlano je z tego samego naczynia. Gdyby je złączyć na powrót, może raz na zawsze ukoiłoby to jej tęsknotę, bo choć wychowywali się w jednym gnieździe, światy ich podzieliły. Zawieszona przy Leviathanie, śpiącym i nieświadomym, odnosiła wrażenie, jakby spoglądała na niego z odrębnej rzeczywistości: był tak blisko, że czuła jego ciepło skóra przy skórze, lecz aby dostać go dla siebie, musiałaby przemocą rozerwać coś w strukturze jego świata.
Helloise odsunęła się od ust Leviathana, aby na jego czole złożyć cienki, delikatny pocałunek.
Koniec sesji
poprzednie pole zrobione; losujemy dalej:
!BINGO D5
dotknij trawy