Cicho zaśmiała się na stwierdzenie Christophera, który ewidentnie nie wiedział, co mówił. Oklumencja… To nie było proste zamknąć umysł. Oczyścić się z emocji, być jak ta niewzruszona skała obmywana przez sztorm nawet wtedy, gdy w środku się gotowało. Jej zajęło to kilka miesięcy bardzo intensywnych ćwiczeń, a wtedy wiedziała już dokładnie, jakie spustoszenie potrafi zasiać zaklęcie Obliviate, czy hipnoza w nieodpowiednich rękach, nie mówiąc o innych rzeczach, z których aurowidzenie zdawało się być tą najmniej szkodliwą. A i tak Lestrange niemalże chorobliwie strzegła swojej prywatności, złoszcząc się, gdy ktoś bez pytania próbował z niej czytać.
– Oklumencja to nigdy nie jest zbędna umiejętność – powiedziała za to, myśląc o tym, co Śmierciożercy potrafią zrobić. Jakie rzeczy z ludzi wyciągnąć… Nie chroniło to przed wszystkim, na co była żywym dowodem (z czym miała ogromny wewnętrzny problem, ale prawie się nie dzieliła swoimi wątpliwościami i poczuciem beznadziei), ale to było coś, co… lepiej było umieć, niż nie. Zwłaszcza w jej zawodzie. W tym Christophera może niekoniecznie – i oby nigdy nie znalazł się w sytuacji, w której byłoby mu to potrzebne.
– Teoretycznie tak. W praktyce jednak poznawanie wiedzy ogólnej, a nie kierunkowej, również wiele daje. Ostatecznie zaklęcia i dziedziny można łączyć, a wiedza teoretyczna również się przydaje… No ale zgadzam się, że większy wybór by się przydał. O albo te wszystkie rzeczy związane z duchami, wywoływanie ich, rozmowy, egzorcyzmy… To mi się też wydaje przydatne? Może ten poltergeist z Pokątnej nie byłby takim wrzodem – jak widać… Victoria jak zwykle miała mnóstwo pomysłów, wystarczyło ją tylko odwrócić w odpowiednim kierunku i szturchnąć, a sypały się same, jak z rękawa. – Chętnie bym się na przykład dowiedziała, jaką magią trzeba dysponować, żeby na dobre kilka miesięcy związać i zakneblować poltergeista, a potem wcisnąć go do wąskiej kratki wentylacyjnej tak, żeby nie mógł stamtąd wyjść – dodała z pewnym przekąsem.
Jakikolwiek Chris by nie był, to w porównaniu do Sauriela (a Victoria nawet nie robiła tych porównań świadomie, ot po prostu zauważa pewne rzeczy, jak to, że o ile bywał humorzasty, to nie leżało to w ogóle obok tego, co potrafił odpierniczać Rookwood), był bardzo rozsądnym i dojrzałym młodym mężczyzną. Na tyle, ile jej pokazał, to Victoria w ogóle nie musiała wychodzić z siebie, by być w stanie się z nim dogadać, nie musiała stąpać wokół niego na paluszkach i pilnować każdego słowa, bo po najmniej oczywistym i spodziewanym miałby mu się popsuć nastrój. Być może wyglądało to tak też dlatego, że Rosier nie chciał przed nią wypaść źle i cokolwiek robił, to najwyraźniej działało. Na pewno nie miał w sobie takich blokad jak ona, nie czuł wstydu na myśl o tym, by na przykład jej powiedzieć, że mu się śniła – i może Merlinowi niech będą za to dzięki, bo i ona wtedy jakoś wychodziła ze swojej strefy komfortu. A na pewno nie wydał z siebie żadnego mruknięcia niezadowolenia na wieść, że i jej się śnił. Nie zrobił żadnego widocznego grymasy, nie stwierdził, że tak być nie może i zdecydowanie nie próbował uciekać.
– Masz na myśli coś jakby różdżkę, którą celują w innych i coś z niej wtedy wypada? – naprowadziły ją na to wyrażenia takie jak „strzelałem”, „trafić”, „zabić” oraz „niekoniecznie umrzesz natychmiast”. Nie była wielką znawczynią mugoli, ale kilka razy widziała gdzieś to ich dziwaczne urządzonko. A na pewno widziała mugola z WIELKĄ RÓŻDŻKĄ tego typu w jednym ze swoich snów sprzed miesięcy. Jednego z tych, który pamiętała bardzo dobrze. – Płaszcze? No w sumie, skoro to październik… W moim było coś z gwoździami, tylko nie bardzo pamiętam co. Chyba były wbijane w drzwi… To chyba podobny okres w śnie – i nie tylko w śnie: w kalendarzu również. I tu również Victoria wiedziała, skąd jej się to brało, a mianowicie z tego, że bała się Samhain. Nie tym paraliżującym strachem, a tą niepewnością, co z nią będzie. Jak to na nią wpłynie. Czy Egipcjanka się nie pomyliła… – Trudne? Przewidujecie dużo zamówień na płaszcze? – zagaiła niby niewinnie, gdy go już dogoniła na tych schodach.