Nie winiła go, że coś mu dzwoniło, ale nie wiedział w którym kościele. Doskonale pamiętała, jak bardzo był zainteresowany zielarstwem czy opieką nad magicznymi stworzeniami – to mniej więcej tak samo, jak ona Quidditchem.
Uniosła na niego wymowne spojrzenie, kiedy parsknął, ale nie przerwała w tamtej chwili swojej opowieści, ledwie zmrużyła lekko oczy.
– Tak, są żywe. Kiedy odsłoniliśmy trochę ziemi z tuby, w której siedziała, to zobaczyliśmy… No wielką bulwę z paskudną „twarzą” – zrobiła to cudzysłowie w powietrzu palcami. – Jedną wicią ciasno oplatała drugą bulwę i głowa tej drugiej mandragory była dosłownie w gębie tej pierwszej. Mam ci to narysować? – Lestrange uniosła wyżej jedną brew. Z rysowania byłą równie kiepska co z Quidditcha. Jak ostatnio rysowała Rodolphusowi schematyczny rysuneczek żywiołaka na Beltane, to kuzyn chyba był bliski parsknięcia. – Chwilę później obie zaczęły się drzeć, jak się skapnęły, że nie są już przykryte ziemią… Rozdzieliliśmy je. Nie zdążyły się zeżreć, każda trafiła do osobnej tuby… – Lestrange postukała paznokciem w blat swojego biurka z pewną niecierpliwością, ale nie do pytań Atreusa, a po prostu cała ta sprawa ją irytowała. – Czy rośliny mogą być kanibalami… To świetne pytanie. W tym wypadku myślę, że jak najbardziej tak, chociaż to zagadnienie chyba mocno filozoficzne. Nie wiem jakie sadzonki były w skrzyni, w której trafiła do Anglii, z tego co zrozumiałam, to mandragora pożywiła się nimi, a potem zaczęły gnić. W każdym razie odkryli tę skrzynię w magazynie, bo coś strasznie cuchnęło i tylko ta mandragora była żywa. A jak trafiła do Towarzystwa to zaczęła tak gwałtownie rosnąć, że się podzieliła i chciała zeżreć tę podzieloną część… Ogólnie to wyglądało tak, jakby jej wzrost został gwałtownie przyspieszony. Poczytałam sobie potem o tych mandragorach, one się w ten sposób rozmrażają, że się dzielą, ale to raz na kilka lat, ogólnie to wszystko nastąpiło grubo za szybko, bo mówimy tutaj o miesiącu dorastania pod okiem Towarzystwa i gigantycznych, anormalnych rozmiarach – westchnęła ciężko, spojrzała na teczkę ze sprawą, którą miała ciągle przed sobą. – Nie zmalała. Nadal była gigantyczna. Ta druga była mniejsza za to… No ale skoro zostały rozdzielone i od tego czasu żyły sobie osobno, a minęły dwa miesiące, to myślę, że obie są już podobnych rozmiarów – zamilkła na moment, wpatrzona w jakiś punkt przed sobą. – Tam cuchnęło. Cuchnęło bardzo nieprzyjemną magią – powiedziała w końcu trochę ciszej, nim spojrzała na Atreusa. – A ziemia, w której siedziała… Była całkowicie wyjałowiona. Wyciągnęła z niej wszystkie minerały, tak do zera – za szybko. To wszystko działo się za szybko. – A teraz sobie wyobraź, że te dwa bydlaki zaginęły. Ktoś musiał dokładnie wiedzieć, że Towarzystwo je trzyma, skorzystał z zamieszania i wyniósł dwie drące japy, paraliżujące witkami i petryfikujące wrzaskiem, gigantyczne mandragory. A żeby je rozdzielić i spacyfikować potrzebowaliśmy pięciu dorosłych czarodziejów – chyba nie musiała mu wiec tłumaczyć z jakim niebezpieczeństwem się tutaj mierzyli, że te dwie mandragory zostały skradzione, a śledztwo szło do umorzenia.