Poprzedni dzień, był dniem niesamowicie wręcz tragicznym w skutkach, a co najbardziej Leviathana drażniło, to wysypka którą obsypało go przez kontakt z gazem z gotującej się w solance żaby. Co prawda służby, które pojawiły się na miejscu, miały ze sobą medyków i ci dali mu nieco tajemniczej maści (tajemniczej bo porozumiewali się łamanym, ledwo zrozumiałym angielskim), ale nie wszystko zdążyło z niego zejść. Gdzieniegdzie był jeszcze czerwony i dało się zauważyć pozostałości po bąblach, które poprzedniego dnia go porosły, ale oprócz tego zdawał się trzymać nad wyraz dobrze. Czasem tylko pokasływał. Poprzedniego dnia też, Peregrinus wepchnął w ręce niuchacza, w wersji włoskiej. Nie zamierzał narzekać, tym bardziej ze zwierzątko bywało pożyteczne, a dodatkowo nie było nielegalne. Mógł więc przetransportować je do Anglii, o ile tylko posiadałby odpowiednie papiery. W trybie więc natychmiastowym, uruchomił cały proces biurokratyczny, by wszystko zostało dopięte. Był nawet gotowy zostać nieco dłużej, jeśli sprawa by tego wymagała, ale miał nadzieję że nie dojdzie do niego przez wzgląd na kontakty rodziny po angielskiej stronie, które może zagęszczą nieco akcję.
Rowle zszedł więc rano do sali restauracyjnej. Cały budynek świecił pustkami i wydawało się, ze tylko ekipa Cutty Sark zdecydowała się zostać. A może zdecydowano za nich, kto wie. Przy jednym stoliku dało się zauważyć Skamandera, smętnego jak nigdy, więc Levi zamówił sobie kawę i przysiadł do niego, witając się z nim lakonicznie, samym dzień dobry, i nie odzywając się póki ten nie miał zamiaru.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast