– Tak byłoby lepiej, tak – odparła, bo sama wolałaby, żeby jednak nowy dom Christophera był wolny od przykrych niespodzianek. Wystarczająco dużo już domostw było w jakiś sposób przeklętych od czasu Spalonej Nocy, rynek nieruchomości nie dość, że się skurczył, to i popyt był większy niż podaż i niełatwo było teraz znaleźć coś sensownego, a im więcej czasu mijało, tym sprawa wcale nie robiła się łatwiejsza. Tym niemniej przytyku w tym nie było żadnego, nie miała żadnych złych intencji, gdy to mówiła, ot zaczepka dla zaczepki, taki już miała charakter, że gdy kogoś lubiła i czuła się swobodnie, to lubiła od czasu do czasu szturchnąć tu i ówdzie.
A potem uniosła wyżej brwi. Rozbierany poker kartami tarota brzmiał dziwnie podobnie do tej dziwnej talii kart, które można było wylosować na Beltane od goblina oszusta, z rozebranymi czarownicami. Mignęły jej gdzieś w pracy i była niemalże pewna, że na jednej z tych kart była podobizna jej kuzynki… Miała nadzieję, że w tego pokera talią karota nie zagrała. Nieważne.
– Mam nadzieję, że podbiłeś mu wtedy oko – powiedziała jak gdyby nigdy nic. – Zwłaszcza to trzecie – dodała złośliwie, bo choć nie było to możliwe, to jednak nawiązywało do ważniaków z Departamentu Tajemnic i tego, że jednym się pewne rzeczy pobłażało, a innym nie. – Dziewczyńskie ciuszki… Naprawdę tak powiedział? – właściwie to było to prawdopodobne, Bulstrode miał w sobie sporą dawkę hipokryzji i jako gówniarz był pełnym siebie palantem i ignorantem, za którym z jakiegoś powodu dziewczęta szalały (a biorąc pod uwagę, że to samo szło w parze z jej kuzynem, to podejrzewała, że chodziło o czynnik nazywany Quidditchem). – Chyba tak. Chodziłam na wróżbiarstwo przez rok, bo oczywiście byłam ciekawa, ale te wszystkie godziny wpatrywania się w mokre fusy i kulę i jakieś zgadywanie kształtów, podkręcone teorią o jakichś mistycznych mocach o odczytywaniu przyszłości, jest strasznie mętne. Całe szczęście mogłam zrezygnować, bo jakbym wzięła tylko dwa przedmioty dodatkowe i musiała się z tym męczyć aż do piątego roku, to bym się chyba przekręciła – mruknęła i ostatecznie wzruszyła ramionami. Znała ludzi, którzy widzieli w tym więcej i była skłonna w to uwierzyć, ale większość uczniów, która chodziła na wróżbiarstwo, jak dla niej, to wymyślała i ściemniała. Co się tyczyło jasnowidzów… Znała zapewne kilku, ale szanowała i była skłonna uwierzyć w to, co mówią dwóch, za to sama z siebie od proroctw trzymała się z daleka tak bardzo, jak tylko się dało.
– No wiesz, jeśli nigdy wcześniej nie miałeś do czynienia z boginem, to mogło tak być – stwierdziła z uśmiechem i nawet się cieszyła, że tak wyszło, bo zetknął się z nim w kontrolowanych warunkach i przy niej, a nie gdzieś zupełnie sam, co mogło się skończyć bardzo źle. Rozejrzała się po kuchni, która wyglądała, jakby miała wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, jakie powinna mieć kuchnia (na czym rzecz jasna Victoria zupełnie się nie znała, bo w gotowaniu była absolutnie beznadziejna). – Ja twierdziłam…? – miała właśnie zajrzeć do jednej z szafek, tak z ciekawości, żeby zobaczyć, co poprzedni właściciele zostawili, o ile cokolwiek, ale właśnie odwróciła się do Christophera i zapatrzyła na niego. Śniła mu się? On też jej się śnił. – Znaczy… No to prawda, zboże nie bardzo rośnie w październiku. To znaczy są gatunki, które się wysiewa na jesień, ale to jest wtedy po prostu dopiero zasiane zboże, a nie wyrośnięte… – Lestrange zmarszczyła brwi, bo kiedy Christopher mówił o potworze, któremu składano ofiary, żeby zboże rosło, miała jakieś dziwne wrażenie deja vu. Kosa, hak i… – Ten potwór, na którego polowaliśmy, to nie był przypadkiem strach na wróble, co? – zapytała, jak gdyby nigdy nic, zapomniawszy już, że miała zerknąć do jednej z szafek i wpatrzona w Rosiera po prostu poszła za nim.