• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny v
1 2 Dalej »
[1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence

[1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
17.07.2026, 17:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2026, 20:28 przez Benjy Fenwick.)  
Nie musiałem nawet długo się zastanawiać, żeby dojść do wniosku, że akurat to marzenie nie miało najmniejszych szans się spełnić, miało bowiem również dokładnie takie same szanse powodzenia jak moje zostanie prefektem naczelnym, czyli… Mikre. Trochę jak ich wypowiadaczka…
- To trzymaj kciuki. Może za jakieś pięćdziesiąt lat przestaniemy na siebie wpadać. O ile wcześniej żadne z nas nie zginie. Wtedy rzeczywiście problem rozwiąże się sam. - Popatrzyłem na nią z przekornym półuśmiechem i pokręciłem głową. Naprawdę potrafiła mówić takie rzeczy z kamienną twarzą całkowicie pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu, chociaż oboje doskonale wiedzieliśmy, że prędzej Hogwart przesunąłby się o kilka mil na północ, niż przestalibyśmy wpadać na siebie w najmniej odpowiednich momentach. Odwróciłem ku niej głowę, kiedy oburzonym tonem zapewniła mnie, że mnie nie śledziła - nigdy, przenigdy, na pewno - uniosłem obie dłonie w geście niewinności, ale uśmiech i tak sam cisnął mi się na twarz.
- Oczywiście, że nie. Ty po prostu przypadkiem pojawiasz się dokładnie tam, gdzie jestem ja. Zupełnie przypadkiem wybierasz ten sam korytarz, tę samą wieżę, ten sam loch albo ten sam dziedziniec. Za każdym. Jednym. Razem. - Pokręciłem głową z udawanym zrozumieniem, prawdę mówiąc, byłem w stanie uznać, iż to sam Hogwart najwyraźniej uznał, że nasze życie będzie znacznie zabawniejsze, jeśli regularnie będzie wrzucał nas sobie pod nogi, ale nie miałem zamiaru tego teraz mówić. - Wiesz, gdyby to spotkało mnie dwa razy, uwierzyłbym. Sześdziesiąty raz zaczyna wyglądać podejrzanie. - Oczywiście wiedziałem, że mnie nie śledziła, gdyby naprawdę to robiła, pewnie byłaby w tym znacznie lepsza i nigdy bym jej nie zauważył, drażnienie jej było jednak po prostu zbyt łatwe.
Spojrzałem na nią kątem oka, parskając pobłażliwie, gdy znowu przeszła do ofensywy i rzuciła swoje krótkie „chciałbyś” - nawet w takiej chwili nie potrafiła odpuścić, było w tym coś absurdalnie przewidywalnego, lecz także całkiem wciągającego - nawet teraz nie mogła zostawić mi ostatniego słowa, po prostu taka była - uparcie upierdliwa.
- Tak, oczywiście. Marzę tylko o tym, żeby wygrywać z tobą wszystkie dyskusje. To moje największe życiowe ambicje. - Skrzywiłem się teatralnie. - Problem polega na tym, że nawet gdy przegrywasz, zachowujesz się tak, jakbyś właśnie wygłosiła przemówienie stulecia. - A to trochę psuło mi nastrój. Uważałem wręcz, że gdyby od tego zależało życie, pewnie jeszcze próbowałaby pokłócić się ze śmiercią o definicję zgonu. Z dużym prawdopodobieństwem powinniśmy byli zajmować się teraz zupełnie innymi rzeczami, niż prywatne wojenki, lecz trudno było tak po prostu odpuścić, tym bardziej, kiedy oboje byliśmy nastawieni na wygranie tej dyskusji. 
Słuchałem jej dalszych rozważań, na których dźwięk westchnąłem przeciągle, przeczesując dłonią włosy. W normalnych okolicznościach pewnie przerwałbym jej w połowie tylko po to, żeby się posprzeczać, ale tym razem naprawdę próbowałem znaleźć w tym wszystkim jakiś sens.
- Nienawidzę przyznawać ci racji, natomiast faktycznie nic tutaj do siebie nie pasuje. - Skrzywiłem się. Im dłużej o tym wszystkim rozmawialiśmy, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że logiczne myślenie należało zostawić gdzieś daleko za sobą - jeśli o mnie chodziło, zupełnie przestawała mi się podobać liczba tych elementów, tym bardziej, iż w normalnej zagadce pojedyncze fragmenty puzzli w końcu zaczynały do siebie pasować, lecz tutaj z każdą minutą dochodziły następne i każdy był jeszcze bardziej chory od poprzedniego.
- Ale wiesz, co jest w tym wszystkim seryjnie najgorsze? - Mruknąłem retorycznie. - Ty naprawdę próbujesz to zrozumieć. Ja już dawno przeszedłem do etapu, w którym uznałem, że to coś ma kompletnie w dupie logikę. To prostsze. - Spojrzałem na nią kątem oka, uparcie próbowała składać wszystkie elementy tej układanki w logiczną całość - właśnie taka była - nawet, kiedy świat postanawiał wywrócić wszystkie zasady do góry nogami, ona dalej szukała wzoru, którego mogłaby się złapać, ja zwykle zaczynałem od sprawdzenia, czy da się to szturchnąć patykiem. Nie byliśmy tacy sami, więcej nas dzieliło niż łączyło, lecz to nie oznaczało, że chciałem, by rzeczywiście coś jej się stało.
- „Miałbym co wspominać”, powiadasz? Oczywiście. Może nawet zacząłbym pisać pamiętnik. „Dzień pierwszy bez Bletchley. Nikt nie kwestionował mojego zdania. To dziwne uczucie”. „Dzień trzydziesty. Złapałem się na tym, że specjalnie powiedziałem coś nieprecyzyjnie. Nikt mnie nie poprawił. To dziwne uczucie”. „Dzień trzysta trzydziesty trzeci. Czuję pustkę. Świat już nigdy nie będzie taki sam”. - Pokręciłem głową z teatralnym westchnieniem. - Nie schlebiaj sobie aż tak. Rynek nemezis jest ostatnio wyjątkowo ubogi. Trudno byłoby znaleźć równie… Charakterystyczną osobę. - Ostatnie określenie dobrałem z wyraźną ostrożnością, bo czułem, że każde inne mogłoby zabrzmieć podejrzanie. Wpatrywałem się przez chwilę w jej uśmiech, zanim odwróciłem wzrok.
Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy potrafili całe lata chodzić wyłącznie wyznaczonymi korytarzami, skoro zamek aż prosił się o odkrywanie, ale najwyraźniej… Najwyraźniej rozumiałem się z nią w tej jednej kwestii…
- No proszę. I dlatego właśnie zawsze cię lubi… Znaczy, tolerowałem… Znaczy… Nie schlebiaj sobie. - Urwałem z wyraźnym grymasem. - Chodzi mi o to, że akurat tutaj masz rację. Jak czegoś zakazują, to zwykle właśnie tam znajduje się coś najciekawszego. Na przykład… No.- Machnąłem ręką w stronę fontanny i przez chwilę rzeczywiście próbowałem poukładać to wszystko w głowie, ale im dłużej o tym myślałem, tym mniej miało to sensu.
Na uwagę o klątwie machnąłem lekko ręką.
- Widzisz? Czyli jednak potrafisz patrzeć na świat optymistycznie. Spotykanie mnie nie jest jeszcze najgorszą klątwą, jaka mogła ci się trafić. Mogłaś na przykład ciągle wpadać na Vane’a. To dopiero byłaby tragedia. Wyobrażasz sobie? - Parsknąłem pod nosem. - Ze mną trafiasz przynajmniej na coś ciekawego. Zwykle. Chociaż dzisiaj powoli zaczynam żałować tego słowa… - To było dosyć nieoczekiwane, zdecydowanie mało gryfońskie wyznanie, lecz nie zamierzałem go cofać, skoro już padło.
Spojrzałem na nią z góry z wyraźnie rozbawioną miną, kiedy nazwała mnie „zbyt wielkim” i zagroziła mi rzuceniem we mnie zaklęciem, po czym odchrząknąłem wymownie, zupełnie tym nie zmieszany.
- A więc jednak nie przeszkadza ci moje wielkie cielsko, tylko miejsce, w którym akurat stoi. - Zauważyłem błyskotliwie, byleby tylko ją podkurwić. Uniósłbym brew jeszcze wyżej, gdyby nie fakt, że cała moja uwaga powoli przenosiła się na trzeszczący lód, ale i tak nie mogłem sobie odmówić cichego parsknięcia na te jej komentarze. - Bardzo chcę to zobaczyć. Naprawdę. Dawaj. - Rozłożyłem ręce, doskonale wiedząc, iż - mimo zajmowanej pozycji i rzekomego zaufania społecznego - ona też musiałaby się srogo tłumaczyć McGonagall, zarówno z bycia nocą na dziedzińcu, jak i z tego, dlaczego próbowała rzucać zaklęcia na ucznia z innego domu. - Jesteś po prostu mikra, Bletchley. - Pokręciłem głową, wszystkie inne wyjaśnienia zupełnie mnie nie interesowały - no, może poza tym ostatecznym wnioskiem, jaki wyciągnąłem z tej całej paplaniny o spadaniu i tak dalej. - Zresztą, z tym „zbyt wielki” to kwestia perspektywy. Jakoś żadna inna dziewczyna jeszcze nie zgłaszała reklamacji na moje gabaryty. Wręcz przeciwnie, większość uważa, że te dodatkowe centymetry tu i tam dają całkiem sporo… Ciekawych możliwości. - Nie zdążyłem dodać nic więcej o tym, że „a jeśli by spadła, to tylko ze swojej winy, nie przez moją zajebistą koordynację”, bo fontanna odezwała się kolejnym głuchym hukiem, który sprawił, że cały bruk pod naszymi stopami zadrżał.
Woda poruszała się coraz szybciej, czarna ciecz spływała po kamieniu wbrew wszelkim zasadom, nie rozlewając się, lecz sunąc cienkimi pasmami dokładnie tam, gdzie staliśmy. Wciąż trzymałem jej dłoń, nawet tego świadomie nie rejestrując, a kiedy zrobiłem kolejny krok w tył, pociągnąłem ją za sobą bez najmniejszego zastanowienia.
- Nie muszę? - Odpowiedziałem jej półgłosem, nie odrywając wzroku od wynurzających się dłoni. - To chyba najgorszy moment, żeby próbować zmieniać swoje dobre nawyki. Nie uważasz? - Chociaż mój głos nadal brzmiał odrobinę prześmiewczo, było w nim znacznie mniej pewności niż jeszcze minutę wcześniej. Przez ułamek sekundy miałem ochotę odpowiedzieć jej kolejną złośliwością, bo przecież dokładnie na tym polegała większość naszych rozmów, ale nawet ja wiedziałem, kiedy należało odpuścić - a przynajmniej prawie wiedziałem - parsknąłem więc tylko cicho, cofając się jeszcze o pół kroku, nie odrywając wzroku od fontanny.
Z ciemnej toni, tuż pomiędzy dwiema dłońmi, zaczęło wyłaniać się coś, co z trudem można było nazwać ludzką głową - mokre, posklejane pasma rzadkich włosów oblepiły czaszkę, z której powoli ukazywało się czoło o sinej, gnijącej skórze - wyglądało to tak groteskowo, że nawet we mnie, Gryfonie z krwi i kości, odezwał się rzadko używany głos rozsądku, sugerujący natychmiastową ewakuację. Nadal czułem jej dłoń pod własną i dopiero teraz uświadomiłem sobie, że wciąż jej nie puściłem - co więcej, nawet nie przyszło mi to do głowy - instynktownie przesunąłem ją jeszcze kawałek za siebie, stając między nią a konstrukcją, choć rozsądek podpowiadał mi, że jeżeli to coś naprawdę postanowi wypełznąć na zewnątrz, niewiele mu tym przeszkodzę.
Słysząc to nagłe, nadzwyczaj nieliterackie „spierdalać” z ust panny prefekt, nie mogłem jednak powstrzymać tego charakterystycznego, rzekomo „parszywego” uśmieszku, który na moment wygrał nawet z nagłym skokiem adrenaliny. Kto by pomyślał, że pod tą całą maską moralnej wyższości i sztywnych reguł kryła się dziewczyna, która potrafiła tak soczyście rzucić mięsem, kiedy grunt zaczynał jej się palić pod stopami - a w tym przypadku: kiedy lód zaczynał pękać pod martwymi łapskami - uniosłem brwi w udawanym szoku, choć sytuacja sekunda po sekundzie robiła się coraz bardziej przejebana. Usłyszeć z ust samej Prudence Bletchley, wzorowej prefektki i strażniczki szkolnego kodeksu moralnego, tak swojskie, soczyste przekleństwo, nawet powtórzone po mnie, to było osiągnięcie, które chętnie zapisałbym na swoim koncie, gdybyśmy tylko mieli gwarancję, że dożyjemy jutrzejszego śniadania.
- Oke. - To przytaknięcie wystarczyło, abym mocniej ścisnął dłoń Prue, ruszając - nie czekałem, aż zacznie się dłużej zastanawiać, bo znałem ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, iż za trzy sekundy mogłaby dojść do wniosku, że warto było zostać jeszcze chwilę „dla dobra nauki” - tym razem nie miałem zamiaru dopuścić do żadnego eksperymentu - rozsądek krzyczał mi tylko jedno, i po raz pierwszy od dawna zamierzałem go bez dyskusji posłuchać, jeżeli bowiem istniał moment, w którym należało uznać, że ciekawość przestaje być zaletą, a zaczyna być wybitnie idiotycznym pomysłem, to był dokładnie ten.
Ruszyłem pierwszy, ciągnąc ją za sobą przez zaśnieżony bruk, mając bardzo nieprzyjemne przeczucie, że cokolwiek wydostało się z fontanny, nie zamierzało pozwolić nam odejść tak łatwo. Były sytuacje, w których ciekawość wygrywała z zachowawczością, tym razem, pierwszy raz od bardzo dawna, zachowawczość w końcu postanowiła wygrać. Nie zamierzałem sprawdzać, co stanie się za pięć sekund, przez całe życie pakowałem się w rzeczy, od których rozsądni ludzie uciekali w przeciwnym kierunku, ale nawet ja miałem swoje granice, a te najwyraźniej kończyły się właśnie przede mną, na tym czymś, co próbowało wygramolić się z przeklętej fontanny.
Za naszymi plecami rozległ się przeciągły, ochrypły oddech czegoś, co najwyraźniej właśnie wydostało się spod lodu, mimo wszechobecnego ziąbu, sytuacja robiła się gorąca…

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (9691), Prudence Fenwick (6016)




Wiadomości w tym wątku
[1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 02.07.2026, 15:14
RE: [1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 02.07.2026, 17:43
RE: [1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 02.07.2026, 18:17
RE: [1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 02.07.2026, 18:35
RE: [1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 02.07.2026, 20:16
RE: [1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 02.07.2026, 20:48
RE: [1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 03.07.2026, 16:33
RE: [1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 03.07.2026, 19:00
RE: [1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 04.07.2026, 16:22
RE: [1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 13.07.2026, 19:53
RE: [1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.07.2026, 18:40
RE: [1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 14.07.2026, 20:47
RE: [1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 17.07.2026, 17:51

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa