15.07.2026, 11:59 ✶
Dwa kanistry benzyny, suche liście i całe opakowanie zapałek, które Emily rzucała ku drzewu jedna za drugą, sprawiły, że pień i ziemia wokół płonęły, a ogień strzelał w górę na tyle wysoko, że sięgnął i gałęzi oraz liści. Nawet gdyby mieszkańcy rzucili się z wiadrami, prawdopodobnie uszkodzenia były nieodwracalne… a przynajmniej na to liczył Chris. Gdy Victoria dodała gaz do dechy, a on zatrzasnął wreszcie drzwi, oglądał się jeszcze długo, obserwując płomienie. Nie wątpił, że mieszkańcy zaraz ogłoszą alarm, ale póki ogień nie znikł mu za zakrętem, nikogo nie widział przy drzewie.
Mogli mieć tylko nadzieję, że to załatwi sprawę.
- Święte drzewo i składanie mu ofiar, to brzmi jak coś, co zdarza się w legendach - powiedział, opadając wreszcie na fotel. Uświadomił sobie, że na jego kolanach leży nie tylko torebka - złapał ją przede wszystkim, bo założył, że w niej będą pewnie jakieś dokumenty czy pieniądze - ale stanik, bo nie mając ani czasu, ani rzeczy do brania, Rosier zadziałał kluczem "torebka na ramię, ramka i książka z biurka do torebki, tyle z szafy, ile zdoła złapać na jeden raz, kurtka przerzucona przez krzesło i lecimy. Zaczerwienił się trochę i cisnął go szybko do tyłu, podobnie jak torebkę, do innych rzeczy, zerkając przy tym na Victorię, bo przecież to nie tak, że próbował wykradać cudzą bieliznę!
- Oby już się nie ruszał, bo chyba gdzieś spadł mi tutaj żelazny pręt… - wymamrotał, wbijając spojrzenie w szybę, na wypadek, gdyby dostrzegł gdzieś stracha. Ale niebo zabarwiało się już na wschodzie szarością i błękitem, miał więc nadzieję, że potwór nie wyskoczy na drogę, zatrzymując już.
- Nie trafiliście tutaj przypadkiem, prawda? - spytała Emily cicho. Złapała torebkę i przyciskała teraz do siebie wyciągniętą z niej ramkę, przedstawiającą ją i rodziców. - Potwory istnieją. To nie był jedyny? - niby pytanie, choć nie do końca brzmiało jak pytanie. Odetchnęła i zacisnęła powieki, powstrzymując łzy. - Mam przyjaciółkę w Camridge. Jeśli pomożecie mi dotrzeć na stację… Pozwoli mi się tam zatrzymać na parę dni. Za trzy dni kończę osiemnaście lat, może uda mi się znaleźć pracę.
Mogli mieć tylko nadzieję, że to załatwi sprawę.
- Święte drzewo i składanie mu ofiar, to brzmi jak coś, co zdarza się w legendach - powiedział, opadając wreszcie na fotel. Uświadomił sobie, że na jego kolanach leży nie tylko torebka - złapał ją przede wszystkim, bo założył, że w niej będą pewnie jakieś dokumenty czy pieniądze - ale stanik, bo nie mając ani czasu, ani rzeczy do brania, Rosier zadziałał kluczem "torebka na ramię, ramka i książka z biurka do torebki, tyle z szafy, ile zdoła złapać na jeden raz, kurtka przerzucona przez krzesło i lecimy. Zaczerwienił się trochę i cisnął go szybko do tyłu, podobnie jak torebkę, do innych rzeczy, zerkając przy tym na Victorię, bo przecież to nie tak, że próbował wykradać cudzą bieliznę!
- Oby już się nie ruszał, bo chyba gdzieś spadł mi tutaj żelazny pręt… - wymamrotał, wbijając spojrzenie w szybę, na wypadek, gdyby dostrzegł gdzieś stracha. Ale niebo zabarwiało się już na wschodzie szarością i błękitem, miał więc nadzieję, że potwór nie wyskoczy na drogę, zatrzymując już.
- Nie trafiliście tutaj przypadkiem, prawda? - spytała Emily cicho. Złapała torebkę i przyciskała teraz do siebie wyciągniętą z niej ramkę, przedstawiającą ją i rodziców. - Potwory istnieją. To nie był jedyny? - niby pytanie, choć nie do końca brzmiało jak pytanie. Odetchnęła i zacisnęła powieki, powstrzymując łzy. - Mam przyjaciółkę w Camridge. Jeśli pomożecie mi dotrzeć na stację… Pozwoli mi się tam zatrzymać na parę dni. Za trzy dni kończę osiemnaście lat, może uda mi się znaleźć pracę.