14.07.2026, 11:35 ✶
Ogień w kominku buchnął, i wyszedł z niego najpierw Chris, a potem Victoria, zasypując najbliższą okolicę sadzą. Odsunął się dość szybko, by zrobić jej miejsce. Teleportacja byłaby oczywiście bardziej elegancka, ale dom mieścił się daleko od Londynu, nie byli stu procentowo pewni koordynat z mapy i podobno wyposażony był w jakąś barierę antyteleportacyjną: niby już powoli odpuszczającą, ale wciąż chroniącą go przed takimi wizytami.
– Jeżeli tu napadną nas bahanki i boginy uznam, że to jakiś znak od losu, abym jednak został w mieście – przysiągł Christopher, próbując jednocześnie zbalansować pudełko z łakociami, które kupił na Pokątnej po wyjściu z Łyżeczki, i wyciągnąć z kieszeni różdżkę. Zarówno dlatego, że oboje byli teraz oblepieni popiołem, i ten osiadł też na podłodze, jak i po to, by zaświecić światło. Wprawdzie pora nie była bardzo późna, ale pod koniec października zmierzch zapadał wcześnie, i choć salon mignął mu w zarysie płomieni, które pojawiły się w kominku, to kiedy wygasły wraz z pojawieniem się Victorii, wszystko znikło w mroku.
Sytuacji nie ułatwiało i to, że chociaż w Londynie nie padało, tutaj deszcz bębnił o szyby, i gdzieś w oddali nawet zagrzmiało. W ciemności ciężko było nie usłyszeć tych dźwięków. Pomyślał, że może jednak oglądanie tego miejsca teraz nie było tak doskonałym momentem i powinien przyjść w świetle dnia… ale też w tych godzinach, gdy świeciło słońce, tkwił ostatnio w swojej pracowni. Uciekając przy okazji z apartamentu rodziców, choć tyle dobrego, że wreszcie znikły z niego dzieciaki.
Lumos rozświetliło najbliższą okolicę. Drewniana podłoga przy kominku była pokryta sadzą. Salon, do którego trafili był niemal pusty: w pobliżu dużego okna i przeszklonych drzwi prowadzących na taras stał jedynie drewniany stół i dwa głębokie, miękkie fotele, jakby zapraszające, by w nich usiąść. Prawdopodobnie poprzedni właściciele zabrali stąd część mebli.
Chris znów machnął różdżką, próbując zebrać z nich sadzę.
Czy trafiliśmy pod właściwy adres?
– Jeżeli tu napadną nas bahanki i boginy uznam, że to jakiś znak od losu, abym jednak został w mieście – przysiągł Christopher, próbując jednocześnie zbalansować pudełko z łakociami, które kupił na Pokątnej po wyjściu z Łyżeczki, i wyciągnąć z kieszeni różdżkę. Zarówno dlatego, że oboje byli teraz oblepieni popiołem, i ten osiadł też na podłodze, jak i po to, by zaświecić światło. Wprawdzie pora nie była bardzo późna, ale pod koniec października zmierzch zapadał wcześnie, i choć salon mignął mu w zarysie płomieni, które pojawiły się w kominku, to kiedy wygasły wraz z pojawieniem się Victorii, wszystko znikło w mroku.
Sytuacji nie ułatwiało i to, że chociaż w Londynie nie padało, tutaj deszcz bębnił o szyby, i gdzieś w oddali nawet zagrzmiało. W ciemności ciężko było nie usłyszeć tych dźwięków. Pomyślał, że może jednak oglądanie tego miejsca teraz nie było tak doskonałym momentem i powinien przyjść w świetle dnia… ale też w tych godzinach, gdy świeciło słońce, tkwił ostatnio w swojej pracowni. Uciekając przy okazji z apartamentu rodziców, choć tyle dobrego, że wreszcie znikły z niego dzieciaki.
Lumos rozświetliło najbliższą okolicę. Drewniana podłoga przy kominku była pokryta sadzą. Salon, do którego trafili był niemal pusty: w pobliżu dużego okna i przeszklonych drzwi prowadzących na taras stał jedynie drewniany stół i dwa głębokie, miękkie fotele, jakby zapraszające, by w nich usiąść. Prawdopodobnie poprzedni właściciele zabrali stąd część mebli.
Chris znów machnął różdżką, próbując zebrać z nich sadzę.
Czy trafiliśmy pod właściwy adres?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Tak