Najprościej jest nazwać winą wszystko to, czego nie potrafi się objąć rozumem. Człowiek, który widzi jedynie płomień, będzie przeklinał ogień. Nigdy nie zapyta, po co rozpalono stos ani co miało z niego narodzić się pośród popiołu. Przecież to takie proste. Tylko umysły przywiązane do pojedynczych istnień będą sądzić historię przez pryzmat jednostkowych tragedii. Przecież należało patrzeć dalej. Dlatego myśl, że można byłoby przypisać mu winę, wydawała mu się nie tyle obraźliwa, ile żałośnie naiwna. Winą mógł obarczać go wyłącznie ktoś ślepy na wielkość dzieła Czarnego Pana, niezdolny dostrzec porządku wyłaniającego się spod pozornego chaosu. Dla niego śmierć nigdy nie była przeciwieństwem życia. Była jego zwieńczeniem. Ostatnim sakramentem wiernej służby. Przecież od chwili złożenia przysięgi wiedział, że droga, którą obrał, nie prowadzi ku spokojnej starości ani bezpiecznemu. Prowadziła wyłącznie do chwili, w której Pan Śmierci uzna, że jego zadanie dobiegło końca. Czarny Pan władał śmiercią i śmiercią rozdzielał. Dlaczego więc miałby lękać się czegoś, co pozostawało wyrazem woli istoty, której zawierzył całe swoje istnienie?
Nie odczuwał w Limbo rozpaczy. Czuł ulgę tak czystą, że aż niemal świętą. Jeżeli śmierć odnalazła go właśnie teraz, oznaczało to jedynie, iż jego warta dobiegła końca. Nie był już potrzebny na murach świata. Mógł odłożyć broń, rozluźnić dłoń zaciśniętą przez lata na rękojeści własnych obowiązków i po raz pierwszy od dawna pozwolić sobie na bezruch. - To tobie się wydarzyła. Ja swoją wypełniłem. W oczach błysnęła chłodna, niemal wzgardliwa duma, jakby sam fakt, że musiał tłumaczyć rzecz tak oczywistą, uwłaczał jego cierpliwości. Odpoczynek został mu przyznany. Zapracował na niego. Był spokojem wracającego z wojny żołnierza z pewnością, że nie opuścił żadnego posterunku. Nie zlekceważył żadnego rozkazu. Nie zachwiał się ani razu w złożonej przysiędze. Wszystko, czym dysponował; ambicje, życie, własną krew - oddał temu, by plan Czarnego Pana przesunąć choć o jeden krok bliżej spełnienia. Woda Limbo niosła go dalej, tak jak wola mrocznej sługi niosła go we właściwym życiu. śmierć nie przyszła jak złodziej wyrywający życie z rąk. Przyszła jak dowódca zdejmujący wiernego żołnierza z ostatniej warty, pozwalając mu odejść z poczuciem, że niczego nie pozostawił niedokończonego.
Nie tylko uwaga Helloise była odciągana od sytuacji. Nieco dalej od brzegu jeziora mgła zaczęła gęstnieć, jakby sama kraina postanowiła przemówić obrazem. Mleczne smugi wirowały powoli, splatając się w coraz wyraźniejsze kształty, aż w końcu ułożyły się w znajome twarze. Rozpoznał je natychmiast. Sowia Poczta. Tamtej nocy nie mogli uciec. Ogień był szybszy od ich nóg, a on sam dopilnował, by budynek stał się dla nich piecem bez drzwi. Teraz jednak biegli. Rozmyte sylwetki przemykały pomiędzy pasmami mgły, oglądając się przez ramię z tym samym zwierzęcym przerażeniem, które zapamiętał z ich oczu. Nie podążył za nimi. Pozwolił im uciekać, choć pamiętał, jak dumnie i pięknie umierali. Miraż rozpłynął się równie nagle, jak powstał, lecz mgła nie uspokoiła się ani na chwilę. Z jej wnętrza wyłoniła się kolejna sylwetka. Florence. Jedno uderzenie serca wystarczyło, by rozpoznać sposób, w jaki stała, linię ramion i jasne włosy poruszane niewidzialnym wiatrem. Naprzeciw niej wyrósł cień. Czarna postać uniosła różdżkę, a zielony błysk rozdarł biel Limbo z brutalną wyrazistością. Zaklęcie ugodziło ją prosto w pierś. Ciało zachwiało się i osunęło ku ziemi. Po raz pierwszy od chwili, gdy przekroczył próg tej krainy, coś zakłuło go pod warstwami lodu. Ostre słowa oderwały go hipnotycznych wizji. Obraz rozpadł się natychmiast, a Louvain zamrugał powoli, jak człowiek wyrywany z głębokiego snu. Przetarł oczy. Nie pamiętał, kiedy ruszył. Dopiero teraz uświadomił sobie, że stoi zaledwie kilka kroków od miejsca, gdzie biała zasłona gęstniała najintensywniej. Nie wiedział, kiedy opuścił brzeg jeziora ani kiedy zaczął iść w jej stronę. - Daruj sobie. Nie zamierzam spędzić wieczności obok ciebie. Spojrzenie, którym odnalazł Helloise, nie miało już w sobie tamtego błogiego spokoju. Zniknęła ulga. W jego oczach powoli budził się gniew - zimny, ciężki i urażony, jakby wyrwała go z miejsca, do którego uważał, że miał pełne prawo należeć.
Z pogranicza mgły i splątanych zarośli dobiegł go znajomy dźwięk. Niski i gardłowy. Warkot, którego nie sposób było pomylić z żadnym żywym stworzeniem. Louvain zastygł. Pamiętał go. Tak samo brzmiało Limbo podczas jego pierwszej wędrówki. Wtedy również nie pozostawało na nich biernym. Broniło swoich granic. Przed tymi, którzy nie powinni byli przekroczyć ich z własnej woli. - Lepiej się przygotuj. Nie jesteśmy tu sami. Najpierw ukazały się cienie. Poszarpane. Nienaturalnie wydłużone. Potem zaczęły nabierać kształtu. Czworonożne sylwetki wyłaniały się jedna po drugiej spomiędzy krzewów, lecz żadna nie przypominała zwierzęcia stworzonego przez naturę. Ich kończyny wyginały się pod niemożliwymi kątami, grzbiety falowały jak połamane gałęzie, a tam, gdzie powinny znajdować się pyski, pozostawała jedynie gładka, martwa powierzchnia pozbawiona oczu, nozdrzy i szczęk. Mimo to warkot narastał, wydobywając się z miejsc, których nie powinny posiadać. Różdżka pojawiła się w jego dłoni, zanim zdążyłby pomyśleć o tym, by po nią sięgnąć. Jakby sama pamięć drewna wystarczyła, by odpowiedziało na jego wolę. Nie pozwoliłby cieniom przejąć inicjatywy. Jeszcze zanim pokraczne sylwetki zdążyłyby w pełni wyłonić się z mlecznej zasłony, różdżka przecięła powietrze krótkim, zdecydowanym ruchem z zaklęciem translokacji.
Sukces!