Przyjął jej słowa spokojnym skinieniem głowy. Dostrzegał ich piękno. Chciał wierzyć, że taka właśnie była natura matek. Że ich miłość nie znała rachunku, nie domagała się zapłaty ani dowodów szczerości. - Dlatego chciałbym oddać jej wszystko. Może nawet więcej niż mogę… Przez krótką chwilę pozwolił tej myśli ogrzać własne wnętrze, niczym dłonie wyciągnięte ku ognisku. Jego spojrzenie zatrzymało się na płomieniach trawiących kolejne dary. Ogień przyjmował wszystko jednakowo, nie pytając o wartość drewna ani o ręce, które je ukształtowały. Ludzie nie byli równie prości. Nie wszystkie matki miały tę samą naturę. Myśl pozbawiona gniewu i pretensji, bo z biegiem lat nauczył się, że jedne rodziły życie, inne zaś próbowały je zatrzymać przy sobie za wszelką cenę. Bywały matki, których miłość była tak osobliwa, że wymykała się schematom. Tak głęboko wrastały w swoją rolę, że gotowe były podarować dziecku więcej niż jedno życie, nie pytając nigdy, czy był to dar, o który ktokolwiek prosił. Nie potrafił powiedzieć, czy była to najwyższa forma miłości, czy jej wypaczenie. Wiedział jedynie, że nie zamierzał odbierać Helloise jej przekonań. W jej głosie brzmiała czułość człowieka, który naprawdę wierzył w matczyne ciepło i bezpieczeństwo. Nie miał prawa kłaść na tej wierze własnych doświadczeń.
Z zewnątrz mógł sprawiać wrażenie łagodnego, niemal niewinnego. Ciche spojrzenie i pokorne gesty cierpliwego rzemieślnika łatwo pozwalały zapomnieć, że serce człowieka rzadko było równie świetliste jak jego twarz. Własne wnętrze nosił ciężkie od rzeczy, których nie potrafił nazwać inaczej niż winą. W taki dzień jak ten nietylko dziękował Matce, ale prosił Matkę o wybaczenie. Nie wszystkie jego przedmioty rodziły się z wdzięczności. Wiele z nich powstawało z powinności znacznie mroczniejszej. By wydobyć z magii to, co najbardziej spaczone, należało najpierw zanurzyć w niej własne dłonie. Nie dało się dotykać ciemności, nie wynosząc jej okruchów pod paznokciami. Pracownia Gregorovitchów nie była miejscem, z którego Matka mogłaby być dumna. Źródła ich nauk sięgały zbyt głęboko w to, co przeklęte i wynaturzone. Tworzone tam przedmioty nie miały nieść ukojenia. Niejednokrotnie rodziły się po to, by utrwalać cudzy ból, wzmacniać nienawiść i tworzyć narzędzia jej uwolnienia. Tego wszystkiego nie miał jednak odwagi powiedzieć. Nie wszystkie prawdy muszą wyjść na światło.
Łagodny ton jej głosu skutecznie odciągnął jego myśli od ciężaru, który jeszcze przed chwilą spoczywał na sercu. Spojrzał na nią z cichym zaciekawieniem. - Nie Pani. Nie znam. Odpowiedział łagodnie, bez cienia skrępowania własną niewiedzą. Pobożne przypowieści miały w sobie niezwykłą moc. Nawet jeśli nie przynosiły odpowiedzi, przypominały, że Matka nie odwracała wzroku od swoich dzieci, a sama ta myśl wystarczała. - Opowiedz mi, proszę. O objawieniach nie słyszał, a wszelkie opowieści o znakach pozostawianych przez Matkę budziły w nim szczere zainteresowanie. Niezależnie od tego, czy były świadectwem cudu, czy jedynie ludzkiej wiary, potrafiły pokrzepić ducha bardziej niż zwykłe ludzkie słowa. Za to jej słowa budziły w nim pokorne uznanie. Nie czuł potrzeby spierać się z nimi ani udowadniać własnych racji. Odnajdywał w nich ukojenie, nawet jeśli nie wszystkie potrafił odnieść do własnego życia. Wierzył, że wiara tak szczera zasługiwała na szacunek niezależnie od tego, kto ją wypowiadał. - Chciałbym kiedyś umieć cieszyć się Jej miłością we wspólnocie, z którą czułbym prawdziwą więź. Może Matka uzna, że kiedyś będę na to gotów. Tak dokończył w myślach. Choć wierzył w to co przekazywała mu Pani przed nim, wciąż odczuwał raniącą go potrzebę, że na miłość musi sobie zapracować. Tak był już nauczony. Wytresowany strachem. Nie pozwolił jednak żeby trwoga znowu dzisiaj odebrała mu nad sobą kontrolę.
- Ja, nie jestem tak całkiem sam. Samotność była słowem zbyt prostym. Zamykała w sobie pustkę, podczas gdy jego życie od dawna wypełniali ludzie. Ich głosy, oczekiwania oraz obecność. Nie brakowało mu rodziny. Brakowało mu miejsca, w którym mógłby pozwolić sobie być wobec niej całkowicie szczery. - Mam rodzinę. Na samą myśl o nich poczuł ciężar rozlewający się pod mostkiem. Rodzina nie zawsze oznaczała możliwość złożenia głowy na czyimś ramieniu. Czasem była przede wszystkim zobowiązaniem. Każdy wypełniał w niej własną rolę, a role rzadko pozostawiały miejsce na całkowitą prawdę. - Po prostu… nie wszystko, co noszę w sercu, powinno docierać do ich uszu. Na moment zamilkł. Nie chciał, by zabrzmiało to jak skarga. Nie było nią. Raczej pogodzeniem z czymś, co od dawna uważał za naturalny porządek rzeczy.