– Może słyszałeś coś przypadkiem z biura Anthonego – stwierdziła po prostu, bo jednak od czerwca minęło trochę czasu i sprawa miała okazję być plotką, a następnie się rozmyć. Do czasu, oczywiście. Potem kiwnęła głową, bo owszem, dobrze mu świtało: mandragory darły japy. – Jakoś w okolicy Spalonej. Niedawno. Podejrzewam, że skorzystano z zamieszania związanego z atakiem, może w tamtą noc, może tuż po niej… – Lestrange potarła jedną skroń, bo ta sprawa po części doprowadzała ją do metaforycznego bólu głowy. – Obawiam się, że nauszniki będą niezbędne jak już znajdziemy trop, bo póki co brygadziści znaleźli wielkie nic – stwierdziła, skrzywiła się po czym postukała palcami lewej dłoni w biurko.
– Okej, to może od początku, żebyś miał świadomość, z czym właśnie się będziemy mierzyć. Siadaj – mógł sobie nawet klapnąć na jej biurku, nie miało to w tej chwili większego znaczenia, bo mina Victorii wskazywała na to, że intensywnie myśli, by ułożyć sobie tę historyjkę możliwie treściwie i zwięźle. – Sprawa zaczyna się w czerwcu. W magazynie celnym znaleziono jakieś przesyłki, w jednej znajdowała się mała mandragora odmiany pustynnej, która najwyraźniej hmmm pożywiła się innymi sadzonkami i zraniła urzędnika jakimiś paraliżującymi witkami. Jakoś ją spacyfikowali i przenieśli do Towarzystwa żeby się nią zajęli. Tam urosła… ponad swój normalny rozmiar. W bardzo krótkim czasie osiągnęła rozmiar gdzieś pięciu stóp, co nie jest w żadnym razie normalne, to jakieś pięć razy więcej niż powinna. Oczywiście wpływ na to mogły mieć anomalie jakie doświadczała Anglia – tutaj Victoria uśmiechnęła się bardzo kpiąco i Atreus powinien wiedzieć dlaczego: według nekromantki z Egiptu to Zimni byli powodem tychże anomalii. – Ale nie musiały, to mogło być coś innego. Na początku lipca zostałam zaproszona do Towarzystwa, żeby wziąć udział w badaniu, mieliśmy pobrać próbkę mandragory i zbadać ją później na spokojnie, ale prawdę mówiąc nie poszło za dobrze. Po pierwsze jedyna próbka i to dość marna, jaką udało się pobrać, została zniszczona przez jedną z osób, które brały w tym udział – tutaj uśmiechnęła się uprzejmie, albo z przekąsem… trudno było stwierdzić, ale Victoria od tamtej pory nie miała najlepszego zdania o Ambroise Greengrassie. – A po drugie mandragora się obudziła, roztrzaskała wielką tubę, w której siedziała i okazało się, że zdążyła się hmmm… rozmnożyć? Były więc dwie mandragory zamiast jednej to raz, a dwa, ona się pożywiała tą drugą. Dosłownie ją wpierdalała. Rozdzieliliśmy je i to by było na tyle z badań. Tak, wydzierały się. Ambroise Greengrass nie zachował należytej ostrożności i prawie został spetryfikowany. Mamy więc dwie mandragory o wielkości ponad normę, drące japy, trzaskające jakimiś paraliżującymi witkami. I obie zaginęły. I jest ogromna szansa, że te okazy są w jakiś sposób zmutowane, zmajstrowane nekromancją albo cholera wie czym, ale czymś paskudnym – raz jeszcze zabębniła palcami o biurko. – Jakieś pytania do tej części? – to była część faktów, nie przypuszczeń i nierozwiniętych przez brygadzisty wątków, ta część tez oczywiście była, ale po kolei…