Chyba jednak bardziej niesamowite, że Victorii udało się aż tak dużo przerobić, w tak krótkim czasie, było to w jakim stanie w ogóle się znajdowała. Atreus przez chwilę przyglądał się jej znad trzymanych papierów, jakby spodziewał się że ta zaraz podeprze się nosem o swoje biurko i zwyczajnie zaśnie. Nic jednak takiego się nie stało, mógł odłożyć swoją kupkę dokumentów na własne biurko, a następnie wrócić do rozmowy.
— Coś mi dzwoni, nie wiem gdzie… — mruknął, bo w sumie nie był pewien czy coś o roślinach i podobnej sprawie nie obiło mu się o uszy. Może ktoś najzwyczajniej w świecie narzekał przy nim, albo korytarzowe echo robiło swoją robotę, gdy szedł od punktu A, do punktu B, bo nie ważne ile się nad tym teraz głowił, nie był w stanie wyłowić detali. całe szczęście, Lestrange kontynuowała. — Mandragory? Pamiętam je z zajęć zielarstwa. Strasznie darły japy — podsumował we właściwy dla siebie sposób, czyli niekoniecznie koncentrując się na najważniejszych aspektach prowadzonych lekcji, samych mandragor, czy tego co miały teraz do rzeczy. — I kiedy ukradli im te sadzonki? — zainteresował się, wychodząc z pytaniem zanim jeszcze zdążył odpowiedzieć, czy w ogóle był chętny. Cóż, przynajmniej na takiego wyglądał, bo trochę mu się rozjaśniło spojrzenie, jakby do tej pory niezmiernie mu się nudziło, a Victoria spadła mu niemal z nieba z tymi swoimi chwastami. Może i nie znał się na zieleninie, ale umiał łapać przestępców. — Dobra, co mi szkodzi. A będę musiał nosić nauszniki? — upewnił się jeszcze, jakby najważniejsze o co się w tym wszystkim martwił, to czy mu się włosy od tego nie odgniotą. Może nie wyglądał jakby spędzał przed lustrem długie godziny, ale zawsze wyglądał schludnie, porządnie i ubrany był w dobrej marki ubrania, a jasne włosy, jeśli tylko by je macnąć, utrwalone były ulizanną, nigdy roztrzepane.