09.07.2026, 19:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.08.2026, 14:34 przez Septima Ollivander.)
Nie spodziewała się łez.
Od tamtego smutnego lata, w którym odeszli zarówno brat, jak i matka, łzy zdawały się po prostu nie przychodzić. Nie przyszły dwa lata później, kiedy żegnała babkę. Nie przyszły również wtedy, gdy Crow rozpłatał na jej oczach zbirów, a ciepła krew rozprysła się po jej twarzy. Sen od tamtej pory rwał się często i niechętnie, pozostawiając po sobie lepki chłód na karku i obraz powiek zamykających się zbyt późno. Ale łzy nie przychodziły.
Może każdy człowiek rodził się z jednym, niewielkim źródełkiem smutku i ona swoje wyczerpała przedwcześnie. A może zgubiła po drodze maleńką zębatkę, bez której cały misterny mechanizm nadal jakoś potrafił działać, lecz już nigdy nie umiał poruszać się we właściwym rytmie. Tylko jak długo można funkcjonować, nie wiedząc, że czegoś w środku od dawna brakuje?
Przez krótką chwilę patrzyła tylko na wilgotne plamy rozsypujące się pośród liści, nie od razu rozumiejąc, skąd się wzięły. Ściółka chłonęła je krzepko, z tą samą czułością, z jaką od miesięcy przyjmowała deszcz, opadłe igliwie i wszystko, czego las nie zamierzał już nikomu nigdy oddać.
Zrobiła malutki krok w jego stronę, oczyma wędrując po osi horyzontu. Długie palce odruchowo odnalazły korę najbliższego pnia. Przesunęły się po niej powoli, wędrując po spękaniach i miękkich wyspach wilgotnego mchu. Może próbowała z nich coś wyczytać, a może po prostu szukała wsparcia tej jedynej martwej rzeczy, która ją tak doskonale rozumiała. Drewna.
— Nie o to chodzi, Savašie. Naprawdę. — Napięcie rozeszło się po jej twarzy cienką bruzdą. Grymas jaki przybrała nie przypominał ani uśmiechu, ani rozczarowania. Przypominał za to maskę, która pod ciśnieniem niewidzialnej presji, prężyła się i wyginała, walcząc o przetrwanie.
Prawdziwa przyjaźń nigdy nie kończyła się dla niej na banalnych rozmowach ani wspólnie spędzonym czasie. Zaczynała zakotwiczać się w żmudnej codzienności, powoli, niemal niezauważalnie, aż pewnego dnia odnajdywaliby się w rzeczach, które pozornie nie miały z nimi nic wspólnego. W sękach drewna odkładanego do warsztatu, w książkach otwieranych machinalnie na fragmentach, które mogłyby ich nawzajem zainteresować. W ścieżkach wybieranych przez las tylko dlatego, że kiedyś przeszło się nimi razem. W zaklętych, drewnianych bransoletach, które alarmowały drugiego, o tym gdzie drugie jest i co robi. W niezdrowej obsesji i wiecznej obawie, że to drugie kiedyś po prostu odejdzie. Ci wybrani i najbliższi, wrastali w jej świat cienkimi, krętymi korzeniami, a ona nigdy nie nauczyła się ich potem przycinać. A przecież nawet prężnie rosnące rośliny należało tak pielęgnować.
Jej spojrzenie odwinęło się od ściółki z rozrzutnością starego papieru odklejanego od drewna i po raz pierwszy odnalazło jego oczy bez pośpiechu i z czułą uwagą, która ważyła tyle co sam dotyk.
Savaš jawił jej się teraz jako istota o klasie najwyższej kruchości; z taką kruchością postępować mogła jedynie tak jak postępowało się z zagubionymi, w zimnych czterech ścianach, motylami oraz ćmami lgnącymi do światła lampy. Nie mogła go skrzywdzić. Ale musiała go ostrzec.
— Chciałam powiedzieć tylko tyle, że… nie jestem łatwym człowiekiem…Na dłuższą metę odpycham od siebie ludzi — wyznała zaskakująco szczerze, obijając lewy trzewik o prawy — jeśli naprawdę zgodzisz się zostać na dłużej, to… nie będzie już odwrotu.
Na moment wyglądała jak dziecko, które z całą niewinnością świata wypowiada zdanie, po którym dorosłych przechodzi nieprzyjemny dreszcz.
— Przynajmniej… Nie dla mnie.
Na jej delikatnym, niemal porcelanowym obliczu młodej kobiety, której prędzej przypisano by rolę dziewiczej westalki niż córki słynnego rzemieślnika, pojawiła się rysa.
I to bardzo szpetna rysa.
Od tamtego smutnego lata, w którym odeszli zarówno brat, jak i matka, łzy zdawały się po prostu nie przychodzić. Nie przyszły dwa lata później, kiedy żegnała babkę. Nie przyszły również wtedy, gdy Crow rozpłatał na jej oczach zbirów, a ciepła krew rozprysła się po jej twarzy. Sen od tamtej pory rwał się często i niechętnie, pozostawiając po sobie lepki chłód na karku i obraz powiek zamykających się zbyt późno. Ale łzy nie przychodziły.
Może każdy człowiek rodził się z jednym, niewielkim źródełkiem smutku i ona swoje wyczerpała przedwcześnie. A może zgubiła po drodze maleńką zębatkę, bez której cały misterny mechanizm nadal jakoś potrafił działać, lecz już nigdy nie umiał poruszać się we właściwym rytmie. Tylko jak długo można funkcjonować, nie wiedząc, że czegoś w środku od dawna brakuje?
Przez krótką chwilę patrzyła tylko na wilgotne plamy rozsypujące się pośród liści, nie od razu rozumiejąc, skąd się wzięły. Ściółka chłonęła je krzepko, z tą samą czułością, z jaką od miesięcy przyjmowała deszcz, opadłe igliwie i wszystko, czego las nie zamierzał już nikomu nigdy oddać.
Zrobiła malutki krok w jego stronę, oczyma wędrując po osi horyzontu. Długie palce odruchowo odnalazły korę najbliższego pnia. Przesunęły się po niej powoli, wędrując po spękaniach i miękkich wyspach wilgotnego mchu. Może próbowała z nich coś wyczytać, a może po prostu szukała wsparcia tej jedynej martwej rzeczy, która ją tak doskonale rozumiała. Drewna.
— Nie o to chodzi, Savašie. Naprawdę. — Napięcie rozeszło się po jej twarzy cienką bruzdą. Grymas jaki przybrała nie przypominał ani uśmiechu, ani rozczarowania. Przypominał za to maskę, która pod ciśnieniem niewidzialnej presji, prężyła się i wyginała, walcząc o przetrwanie.
Prawdziwa przyjaźń nigdy nie kończyła się dla niej na banalnych rozmowach ani wspólnie spędzonym czasie. Zaczynała zakotwiczać się w żmudnej codzienności, powoli, niemal niezauważalnie, aż pewnego dnia odnajdywaliby się w rzeczach, które pozornie nie miały z nimi nic wspólnego. W sękach drewna odkładanego do warsztatu, w książkach otwieranych machinalnie na fragmentach, które mogłyby ich nawzajem zainteresować. W ścieżkach wybieranych przez las tylko dlatego, że kiedyś przeszło się nimi razem. W zaklętych, drewnianych bransoletach, które alarmowały drugiego, o tym gdzie drugie jest i co robi. W niezdrowej obsesji i wiecznej obawie, że to drugie kiedyś po prostu odejdzie. Ci wybrani i najbliższi, wrastali w jej świat cienkimi, krętymi korzeniami, a ona nigdy nie nauczyła się ich potem przycinać. A przecież nawet prężnie rosnące rośliny należało tak pielęgnować.
Jej spojrzenie odwinęło się od ściółki z rozrzutnością starego papieru odklejanego od drewna i po raz pierwszy odnalazło jego oczy bez pośpiechu i z czułą uwagą, która ważyła tyle co sam dotyk.
Savaš jawił jej się teraz jako istota o klasie najwyższej kruchości; z taką kruchością postępować mogła jedynie tak jak postępowało się z zagubionymi, w zimnych czterech ścianach, motylami oraz ćmami lgnącymi do światła lampy. Nie mogła go skrzywdzić. Ale musiała go ostrzec.
— Chciałam powiedzieć tylko tyle, że… nie jestem łatwym człowiekiem…Na dłuższą metę odpycham od siebie ludzi — wyznała zaskakująco szczerze, obijając lewy trzewik o prawy — jeśli naprawdę zgodzisz się zostać na dłużej, to… nie będzie już odwrotu.
Na moment wyglądała jak dziecko, które z całą niewinnością świata wypowiada zdanie, po którym dorosłych przechodzi nieprzyjemny dreszcz.
— Przynajmniej… Nie dla mnie.
Na jej delikatnym, niemal porcelanowym obliczu młodej kobiety, której prędzej przypisano by rolę dziewiczej westalki niż córki słynnego rzemieślnika, pojawiła się rysa.
I to bardzo szpetna rysa.
Kocham drewno i duże bicepsy.