Nie było czasu myśleć nad rzeczami, ani się nad niczym zastanawiać za bardzo. To życie składało się z momentów spokoju pomiędzy sprawami, dużej ilości ślęczenia nad księgami i zapiskami, bo rodzajów potworów było znacznie więcej niż 10, oraz chwil, w których liczyła się każda milisekunda, gdy już stało się oko w oko z przeciwnikiem. Przeciwnikiem, który najchętniej dobrałby się im do skóry – poluj albo zgiń.
Nie bardzo pamiętała moment, w którym otwiera samochód od strony pasażera, ani wsiadanie do niego. To działało czasami jak automat, jak autopilot, po prostu robiło się rzeczy, nie pierwszy zresztą raz. Dopiero ryk silnika jakoś ją przywrócił do rzeczywistości: miała na kolanach siekierę, Christopher cofał, a strach…
Strach stał. I grzebał sobie w miejscu, które przy człowieku nazwano by brzuchem. Co miał strach? – zakołatało w jej głowie. Tułów? Cielsko? Oczywiście była to najmniej ważna w tej chwili rzecz, bo najistotniejsze było to, że najwyraźniej sztylet, którym rzuciła, zrobił na strachu wrażenie. Wcześniej absolutnie nic nie działało, by go zatrzymać, a niewielki sztylet sprawił, że ten stanął i próbował go wyciągnąć. Teraz tym bardziej można się było przyjrzeć kosie i hakowi.
Jakoś nie miała ochoty być nadziana na żadne z tych ostrzy…
– Czyli powrót do budowlanego. Worek gwoździ i pistolet na gwoździe… – wymruczała, obróciwszy głowę, żeby cały czas oglądać sobie tego stracha na wróble i jego próby wyszarpniecia sztyletu. Żelazo mu przeszkadzało? Powodowało ból? Jak działało? Milion myśli, zero odpowiedzi… jednak gwoździe przybijane do drzwi musiały mieć znaczenie głębsze niż przesądy. – Może jednak powinnismy wozić miecze, najwyraźniej nadal mogą być przydatne – odparła, kiedy już odjechali, a strach zniknął im z oczu. – Miotacz płomieni – powtórzyła za nim. To chyba było jakieś dziecięce marzenie Chrisa, idealny prezent urodzinowy, którym bawiłby się pewnie na okrągło. – Jak gdzieś będzie, to możemy kupić – stwierdziła, obracając teraz, do niego głowę. Adrenalina opadała.
– Wiesz co sobie pomyślałam? Ten strach musi się gdzieś chować. A co, jeśli wcale nie siedzi na polu, tylko gdzieś w sadach, gdzie teoretycznie powinien odstraszać ptaki dobierające się do jabłek? Co, jeśli on jest w dzień bliżej miasteczka, dlatego ludzie wbijają sobie tam w drzwi te żelazne gwoździe, żeby ich nie tykał? – myślała już o tym chwilę wcześniej, gdy odjeżdżali z miasteczka, ale szybko wywietrzalo jej to z głowy, ale teraz… – Może wcale nie chodzi o to pole, może to tylko wygodne odwrócenie uwagi, bo na polu nie ma się gdzie schować.