To, co czuła Victoria, to nie był być może strach sam w sobie – tego wyzbyła się już dawno temu. Od dawna wiedziała, że w ciemności czają się potwory, a gdy poszuka się dobrze, to skrywali się również w świetle słońca. Nie chodziło o paraliżujący strach przed nieznanym, lecz obawa o to, że jeden niepewny ruch może spowodować katastrofę. Krzywdę, która będzie całkowicie nieodwracalna.
Czy strachowi ktoś coś powiedział? Czy po prostu żerował (?) w nocy, niezależnie od wszystkiego, a może tylko blisko Samhain i Beltane. Czy strach w ogóle jadał te ciała? Co z nimi robił?
Odpalenie samochodu chwilę trwało, upewniła się, że jest zaciągnięty ręczny i planowała dobiec do bagażnika wypożyczonego auta. Tak akurat, by być świadkiem tego, jak strach wylazł z pola na drogę. Nie widziała dokładnie, co wcześniej zrobił Christopher, jak sypał sól i rozlewał paliwo, ale teraz, gdy już wydostała się z ich samochodu, było to akurat na czas, by zobaczyć, jak Chris strzela. I ten strzał nawet go nie spowolnił.
Victoria poczuła, jak mocniej zaczyna jej bić serce. Puściła się biegiem do drugiego samochodu, złapała bez zastanowienia za trzonek siekiery, a w tym momencie blondyn próbował rozpalić zapałkę i gdy to też nic nie dało, a strach nadal się zbliżał i wyglądało na to, że absolutnie nic nie działa, by go spowolnić, po prostu złapała Chrisa za rękę.
– Uciekamy! – krzyknęła, teraz też widząc, że oprócz kosy, miał jeszcze hak. Skoro absolutnie nic na niego nie działało, to byli w wielkiej dupie.
Jedyne co jej jeszcze przyszło do głowy, to po prostu wyszarpnięcie żelaznego sztyletu z cholewy buta i rzucenie w stwora.
Ale nie miała zamiaru stać i patrzeć na efekt, po prostu rzuciła się w kierunku impali (a jeśli trzeba było, to ciągnęła za sobą Chrisa).