08.07.2026, 09:36 ✶
Rzuty
Chris lubił udawać, że niczego się nie boi, a w istocie jednak teraz adrenalina wyskoczyła mu w kosmos, serce biło szaleńczo, puls pewnie notował rekordowe wartości. Mógł chojrakować, kiedy wiedzieli, z czym dokładnie walczą i w jaki sposób sobie z tym poradzić.
– Mały ptaszek powiedział mu, że jedzenie wjechało na stół – rzucił, zatrzymując auto z piskiem opon.
Zostawił otwarty bagażnik: mieli tam jeszcze siekierę. I piłę, gdyby Victoria uznała, że ma ochotę z taką biegać. Gdy ona zajmowała się autem, on jeszcze rozlał paliwo z kanistra w okolicy, w dwóch rzędach: trochę za solą, a trochę przy samochodzie. Że spłonie w takim wypadku? Kij z tym, to nie był ich wóz, a może wybuch podziałałby na stracha. Zdążył wycofać się za auto, ani myśląc wchodzić na samo pole, kiedy na drogę wyszedł strach.
Przeszedł przez różową sól bez wahania, obalając jednocześnie tezę o skuteczności himalajskiej wobec takich: nawet nie zwrócił na nią uwagi. W jednej łapie miał kosę, drugą, jak dostrzegł Chris w świetle reflektorów obu samochodów, wciąż włączonych, miał zamienioną w hak. Pewnie by był bardziej morderczy. Chris zaklął, zostawił maczetę chwilowo na dachu pożyczonego auta i wycelował ze strzelby, póki od istoty dzieliła ich większa odległość.
Huknęło.
Trafił.
Strach szedł dalej. Dziura, jaką wybiła w jego ciele kula, niczego nie zrobiła. I Chris, i Victoria, mogli więc łatwo stwierdzić: coś połączono z tym strachem, ale nie odczuwało bólu, i póki animowana „kukła” w ogóle istniała, żadne obrażenia nie zrobią na nim wrażenia. Chris zaklął znowu i tym razem, wyciągnął z kieszeni zapałki, by podpalić jedną z nich i rzucić na drugą linię wylanej benzyny…
Zapałka zgasła, zanim na tę padła.
A Chris zaklął po raz trzeci.
Jeśli Victoria nie miała genialnego planu, to wyglądało na to, że albo mogą spróbować napierdalać się z tym czymś maczetami i siekierami, albo spierdalać.
Chris lubił udawać, że niczego się nie boi, a w istocie jednak teraz adrenalina wyskoczyła mu w kosmos, serce biło szaleńczo, puls pewnie notował rekordowe wartości. Mógł chojrakować, kiedy wiedzieli, z czym dokładnie walczą i w jaki sposób sobie z tym poradzić.
– Mały ptaszek powiedział mu, że jedzenie wjechało na stół – rzucił, zatrzymując auto z piskiem opon.
Zostawił otwarty bagażnik: mieli tam jeszcze siekierę. I piłę, gdyby Victoria uznała, że ma ochotę z taką biegać. Gdy ona zajmowała się autem, on jeszcze rozlał paliwo z kanistra w okolicy, w dwóch rzędach: trochę za solą, a trochę przy samochodzie. Że spłonie w takim wypadku? Kij z tym, to nie był ich wóz, a może wybuch podziałałby na stracha. Zdążył wycofać się za auto, ani myśląc wchodzić na samo pole, kiedy na drogę wyszedł strach.
Przeszedł przez różową sól bez wahania, obalając jednocześnie tezę o skuteczności himalajskiej wobec takich: nawet nie zwrócił na nią uwagi. W jednej łapie miał kosę, drugą, jak dostrzegł Chris w świetle reflektorów obu samochodów, wciąż włączonych, miał zamienioną w hak. Pewnie by był bardziej morderczy. Chris zaklął, zostawił maczetę chwilowo na dachu pożyczonego auta i wycelował ze strzelby, póki od istoty dzieliła ich większa odległość.
Huknęło.
Trafił.
Strach szedł dalej. Dziura, jaką wybiła w jego ciele kula, niczego nie zrobiła. I Chris, i Victoria, mogli więc łatwo stwierdzić: coś połączono z tym strachem, ale nie odczuwało bólu, i póki animowana „kukła” w ogóle istniała, żadne obrażenia nie zrobią na nim wrażenia. Chris zaklął znowu i tym razem, wyciągnął z kieszeni zapałki, by podpalić jedną z nich i rzucić na drugą linię wylanej benzyny…
Zapałka zgasła, zanim na tę padła.
A Chris zaklął po raz trzeci.
Jeśli Victoria nie miała genialnego planu, to wyglądało na to, że albo mogą spróbować napierdalać się z tym czymś maczetami i siekierami, albo spierdalać.