06.07.2026, 13:34 ✶
— Darów od Matki nie trzeba spłacać. Nie trzeba na nie zasługiwać. To jest w naturze matek, aby dbać o swoje dzieci i nie oczekiwać niczego w zamian, prócz miłości i wdzięczności — rzekła Helloise, zupełnie nieświadoma tego, w jakim domu mieszkał ów chłopiec.
Ufność w Matkę — fundament wiary i samej ludzkiej natury — zawsze działała na nią wyjątkowo kojąco. Matki były pierwszym i najpewniejszym bezpieczeństwem, jakie poznawał człowiek i już do końca instynktownie ku niemu lgnął. Czarownica nie miała powodów, by wierzyć, że może być inaczej. Jej własna matka nie przestała jej kochać nawet po tym, jak w młodości córka popełniała jeden błąd za drugim. I mimo że Helloise o własnym macierzyństwie myślała zawsze jako o czymś poza jej zasięgiem, to wiedziała, że gdyby powiła własne dziecko, największym sensem jej życia stałoby się je kochać.
Nie oczekiwała od Savaša niczego, nie mówiła mu pochwał z litości. Zawsze chętnie dzieliła się swoimi myślami głośno, jeśli tylko nie widziała definitywnego powodu, aby pozostawić je dla siebie.
Gdy przystanęli z boku, czarownica znów przesunęła spojrzeniem po smutnym chłopaku, który o Bogini mówił tak delikatnie. Równie delikatnym był jego smutek. W tym smutku Helloise dopatrywała się skromności; nienachalności kogoś, kto rzeczywiście nie chciał sobą świata obciążać. Miłą jej to czyniło odmianę, bo ilekroć w ostatnich tygodniach oddalała się od swojej chaty, widziała na każdym kroku ludzi pogrążonych w ciężkich, intensywnych rozpaczach po Spalonej Nocy. Wyzwalali oni w niej męczące współczucie, które dopominało się skrócenia ich cierpień.
— Słyszałeś o objawieniach lithowych? — zagadnęła, swobodnie kontynuując temat samotności. — Kilkoro stanęło przed Matką wspólnie. — Leviathan stanął przed Matką i z nieodgadnionego dla Helloise powodu zaczął odcinać się od Bogini jeszcze zajadlej niż wcześniej. Nie potrafiła tego zrozumieć. Przerażała ją kondycja ducha Leviathana, ilekroć uświadamiała sobie, że nawet objawienie nie było w stanie go odmienić. — Choć rację masz, że każdy w relacji z Nią jest sam, to nigdy nie powiedziałabym, że stajemy przed Nią samotnie. Matka to najpełniejsza obecność, o jaką można prosić. Stoimy przy Niej. — Przed Nią brzmiało zbytnio jak postawienie przed sąd, pod ocenę, trwanie w oczekiwaniu na wyrok. Helloise natomiast w stanach religijnej euforii obecności Matki doświadczała niczym przytulenia do matczynego serca, które gorzało bliskością i ciepłem, najdoskonalszym pokrzepieniem w duchu. — Rozpędza samotność, trudno się z nią rozstać.
Zapach Savaša dostarczał pewnej wskazówki, za którą wiedźma podążyła po bladych policzkach i dziwacznie głębokim smutku. Savaš pachniał, jakby dotknęła go śmierć.
— Długo jesteś sam? — zainteresowała się troskliwie.
Ludzie od dawna nieumarli szczególnie przygnębiający przędli bowiem los: zmuszeni do wędrowania po ziemi setkami lat, podczas gdy umierały ich rodziny, i umierał cały znany im świat. Gregorovitch mówił z melancholijną ciężkością kogoś, kto przeszedł już wiele, niewspółmiernie wiele do wieku, na jaki wyglądał.
Ufność w Matkę — fundament wiary i samej ludzkiej natury — zawsze działała na nią wyjątkowo kojąco. Matki były pierwszym i najpewniejszym bezpieczeństwem, jakie poznawał człowiek i już do końca instynktownie ku niemu lgnął. Czarownica nie miała powodów, by wierzyć, że może być inaczej. Jej własna matka nie przestała jej kochać nawet po tym, jak w młodości córka popełniała jeden błąd za drugim. I mimo że Helloise o własnym macierzyństwie myślała zawsze jako o czymś poza jej zasięgiem, to wiedziała, że gdyby powiła własne dziecko, największym sensem jej życia stałoby się je kochać.
Nie oczekiwała od Savaša niczego, nie mówiła mu pochwał z litości. Zawsze chętnie dzieliła się swoimi myślami głośno, jeśli tylko nie widziała definitywnego powodu, aby pozostawić je dla siebie.
Gdy przystanęli z boku, czarownica znów przesunęła spojrzeniem po smutnym chłopaku, który o Bogini mówił tak delikatnie. Równie delikatnym był jego smutek. W tym smutku Helloise dopatrywała się skromności; nienachalności kogoś, kto rzeczywiście nie chciał sobą świata obciążać. Miłą jej to czyniło odmianę, bo ilekroć w ostatnich tygodniach oddalała się od swojej chaty, widziała na każdym kroku ludzi pogrążonych w ciężkich, intensywnych rozpaczach po Spalonej Nocy. Wyzwalali oni w niej męczące współczucie, które dopominało się skrócenia ich cierpień.
— Słyszałeś o objawieniach lithowych? — zagadnęła, swobodnie kontynuując temat samotności. — Kilkoro stanęło przed Matką wspólnie. — Leviathan stanął przed Matką i z nieodgadnionego dla Helloise powodu zaczął odcinać się od Bogini jeszcze zajadlej niż wcześniej. Nie potrafiła tego zrozumieć. Przerażała ją kondycja ducha Leviathana, ilekroć uświadamiała sobie, że nawet objawienie nie było w stanie go odmienić. — Choć rację masz, że każdy w relacji z Nią jest sam, to nigdy nie powiedziałabym, że stajemy przed Nią samotnie. Matka to najpełniejsza obecność, o jaką można prosić. Stoimy przy Niej. — Przed Nią brzmiało zbytnio jak postawienie przed sąd, pod ocenę, trwanie w oczekiwaniu na wyrok. Helloise natomiast w stanach religijnej euforii obecności Matki doświadczała niczym przytulenia do matczynego serca, które gorzało bliskością i ciepłem, najdoskonalszym pokrzepieniem w duchu. — Rozpędza samotność, trudno się z nią rozstać.
Zapach Savaša dostarczał pewnej wskazówki, za którą wiedźma podążyła po bladych policzkach i dziwacznie głębokim smutku. Savaš pachniał, jakby dotknęła go śmierć.
— Długo jesteś sam? — zainteresowała się troskliwie.
Ludzie od dawna nieumarli szczególnie przygnębiający przędli bowiem los: zmuszeni do wędrowania po ziemi setkami lat, podczas gdy umierały ich rodziny, i umierał cały znany im świat. Gregorovitch mówił z melancholijną ciężkością kogoś, kto przeszedł już wiele, niewspółmiernie wiele do wieku, na jaki wyglądał.
dotknij trawy