06.07.2026, 03:50 ✶
— Spokojne serce też potrafi zgłodnieć.
Septimie wydawało się czasem, że jest niedokończona. Szkielet pozbawiony mięśni, z duszą obijającą się o wapienne konstrukcje, duszą ciężką i
Nie była i mimo wszystko, rozsądek wiedział o tym doskonale. Odpowiadano na jej listy, zatrzymywano się przy jej ladzie, wracano po kolejne różdżki. Ściskano jej dłoń i przeciskano spojrzeniem przez źrenice pozbawione mglistej winiety. Widziała własne, zmęczone odbicie w szybach i zmatowiałych lustrach. Flint, z nie własnej winy, należał do tej nielicznej grupy ludzi, przy których po prostu miała wrażenie, że sama staje się cieniem własnych konturów. Nie dlatego, że był piękny, choć natura obeszła się z nim z bezwstydną hojnością — świat zdawał się pochylać ku jego obecności, jakby przyznawać mu miał nieco więcej światła, blasku, niż pozostałym. Flint nie musiał zabiegać o niczyją uwagę. Przylatywała do niego sama, lekka i posłuszna, jak ptaki do człowieka, który od dawna karmił je z otwartej dłoni.
Septima niestety nigdy nie potrafiła całkowicie wyzbyć się zazdrości wobec tych, którym świat zdawał się odpowiadać z taką łatwością i rozżalenie to zakorzeniło się w jej trzewiach już dawno temu. Kilka lat temu był nawet ktoś, przy kim przez kilka tygodni pozwalała sobie naiwnie wierzyć, że została zauważona. Wystarczył jednakże jeden, krótki moment, w który Flint znalazł się w zasięgu wzroku sympatii, a spojrzenie tamtego chłopca nieodmiennie odnajdywać miało już tylko jego.
Nie zapamiętała nieprzyjemnej wędrówki organów pod masywem żeber. Zapamiętała raczej mentalne przytaknięcie, zgodę, z jaką przyszło jej uznać, że świat rządzi się swoimi prawami i że jej porażka jest częścią harmonii, o którą przecież tak czasem dzielnie walczyła.
Dlatego gdy kąciki jej ust drgnęły na jego widok, trudno było uznać ten uśmiech za całkowicie jednoznaczny. Może uśmiechała się na widok przyjaciela, a może na widok pięknej, jasnej istoty, która nieświadomie kradła jej światło. I to z pokoju w którym panował półmrok.
— To nie może być aż tak okrutny los — powiedziała to po chojracku, choć za nic w świecie nie chciała skończyć na dnie Tamizy jako zdobycz syreny.
— Może trochę. Ale ostatnio nie miałam wielu chwil tylko dla siebie. Z daleka przychodzisz?
Podniosła się z ziemi z zaskakującym trudem, nieelegancko i trochę chwiejnie, po czym objęła go serdecznie na powitanie. Drewno bransolety zdobiącej jej nadgarstek, wbiło się delikatnie w materiał jesiennego odzienia Flinta. Zielona muszla scalona z drewnem, dziwnie gładka i niepasująca do londyńskiej jesieni, była jednym z wielu drobiazgów, które kiedyś od niego dostała. Nie była pewna, czy sam jeszcze o niej pamiętał, bo Timmy wyłudzała od znajomych wiele rożnych bibelotów, które rzekomo aktywnie "zbierała".
Ledwie zdążyli się od siebie odsunąć, gdy idąca nieopodal grupka kilku mugoli zwolniła kroku. Ktoś przeciągle zagwizdał w ich stronę, ktoś inny parsknął głupkowatym śmiechem. Septima odruchowo odwróciła głowę, a ciemne kosmyki osunęły się po policzku niczym ciemna zasłona, chroniąca ją przed nieproszoną uwagą. Oboje wiedzieli, że to nie ona była celem wulgarnych gwizdów, ale nie była w stanie ukryć rodzącego się w niej zażenowania. Głupie żarty, jeszcze głupszej zgrai. Najrozsądniej było pozwolić zaczepkom wybrzmieć, umrzeć śmiercią naturalną i kretynom pozwolić odejść z zasięgu wzroku.
Na wszelki wypadek zerknęła jednak ukradkiem na Flinta.
— Może pójdziemy od razu do knajpy? — bo na spacer nie była pewna czy miała ochotę. A w liście przyjaciel przecież podpowiedział, że ma jej coś do opowiedzenia.
Septimie wydawało się czasem, że jest niedokończona. Szkielet pozbawiony mięśni, z duszą obijającą się o wapienne konstrukcje, duszą ciężką i
Nie była i mimo wszystko, rozsądek wiedział o tym doskonale. Odpowiadano na jej listy, zatrzymywano się przy jej ladzie, wracano po kolejne różdżki. Ściskano jej dłoń i przeciskano spojrzeniem przez źrenice pozbawione mglistej winiety. Widziała własne, zmęczone odbicie w szybach i zmatowiałych lustrach. Flint, z nie własnej winy, należał do tej nielicznej grupy ludzi, przy których po prostu miała wrażenie, że sama staje się cieniem własnych konturów. Nie dlatego, że był piękny, choć natura obeszła się z nim z bezwstydną hojnością — świat zdawał się pochylać ku jego obecności, jakby przyznawać mu miał nieco więcej światła, blasku, niż pozostałym. Flint nie musiał zabiegać o niczyją uwagę. Przylatywała do niego sama, lekka i posłuszna, jak ptaki do człowieka, który od dawna karmił je z otwartej dłoni.
Septima niestety nigdy nie potrafiła całkowicie wyzbyć się zazdrości wobec tych, którym świat zdawał się odpowiadać z taką łatwością i rozżalenie to zakorzeniło się w jej trzewiach już dawno temu. Kilka lat temu był nawet ktoś, przy kim przez kilka tygodni pozwalała sobie naiwnie wierzyć, że została zauważona. Wystarczył jednakże jeden, krótki moment, w który Flint znalazł się w zasięgu wzroku sympatii, a spojrzenie tamtego chłopca nieodmiennie odnajdywać miało już tylko jego.
Nie zapamiętała nieprzyjemnej wędrówki organów pod masywem żeber. Zapamiętała raczej mentalne przytaknięcie, zgodę, z jaką przyszło jej uznać, że świat rządzi się swoimi prawami i że jej porażka jest częścią harmonii, o którą przecież tak czasem dzielnie walczyła.
Dlatego gdy kąciki jej ust drgnęły na jego widok, trudno było uznać ten uśmiech za całkowicie jednoznaczny. Może uśmiechała się na widok przyjaciela, a może na widok pięknej, jasnej istoty, która nieświadomie kradła jej światło. I to z pokoju w którym panował półmrok.
— To nie może być aż tak okrutny los — powiedziała to po chojracku, choć za nic w świecie nie chciała skończyć na dnie Tamizy jako zdobycz syreny.
— Może trochę. Ale ostatnio nie miałam wielu chwil tylko dla siebie. Z daleka przychodzisz?
Podniosła się z ziemi z zaskakującym trudem, nieelegancko i trochę chwiejnie, po czym objęła go serdecznie na powitanie. Drewno bransolety zdobiącej jej nadgarstek, wbiło się delikatnie w materiał jesiennego odzienia Flinta. Zielona muszla scalona z drewnem, dziwnie gładka i niepasująca do londyńskiej jesieni, była jednym z wielu drobiazgów, które kiedyś od niego dostała. Nie była pewna, czy sam jeszcze o niej pamiętał, bo Timmy wyłudzała od znajomych wiele rożnych bibelotów, które rzekomo aktywnie "zbierała".
Ledwie zdążyli się od siebie odsunąć, gdy idąca nieopodal grupka kilku mugoli zwolniła kroku. Ktoś przeciągle zagwizdał w ich stronę, ktoś inny parsknął głupkowatym śmiechem. Septima odruchowo odwróciła głowę, a ciemne kosmyki osunęły się po policzku niczym ciemna zasłona, chroniąca ją przed nieproszoną uwagą. Oboje wiedzieli, że to nie ona była celem wulgarnych gwizdów, ale nie była w stanie ukryć rodzącego się w niej zażenowania. Głupie żarty, jeszcze głupszej zgrai. Najrozsądniej było pozwolić zaczepkom wybrzmieć, umrzeć śmiercią naturalną i kretynom pozwolić odejść z zasięgu wzroku.
Na wszelki wypadek zerknęła jednak ukradkiem na Flinta.
— Może pójdziemy od razu do knajpy? — bo na spacer nie była pewna czy miała ochotę. A w liście przyjaciel przecież podpowiedział, że ma jej coś do opowiedzenia.
Kocham drewno i duże bicepsy.