Osunął się w dół, na ziemię, czując jak zawarta w parze toksyna, zaczyna go nadto osłabiać. Nawet nie było mu przykro. Nie czuł wyrzutów, że zgotował sobie taki los. Nie było żalu, strachu, ale zamiast tego czuł cień satysfakcji. Jeśli opary miał go tutaj zmóc do śmierci, to chciał wiedzieć, że przeklęta dziewczyna odeszła razem z nim.
A potem wszystko zadrżało.
Podłoga się rozstąpiła, zasysając gwałtownie duszące opary. Rowle wziął oddech; gwałtowny i taki, który szybko zmienił się w kaszel, kiedy płuca walczyły o chociaż odrobinę lepszego powietrza. Pozwoliło mu to nieco chociaż ocucić się z marazmu, w jaki wprawiła go mieszanina gazów. Ciało zadziałało znowu, a umysł pchnął je do przodu, pracując łokciami, dłońmi, nogami, by wciągnąć się po schodach. Dalej i wyżej od rozpadliny w podłodze i walącego się pomieszczenia.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast