05.07.2026, 09:56 ✶
— Woda… — Jak wiele tęsknoty wydawało się mieścić się w tym jednym słowie, gdy obróciła je w ustach. Słodycz wina na języku zastąpił słony posmak morskiej wody. W Londynie nie ma wody, chciała powiedzieć Urd. Nie ma ziemi, bo zalano ją betonem. Nie ma powietrza. Zatrute zostało tak samo jak woda. I tak nigdy nie było jej tutaj wystarczająco, aby ukoić bezmiar wilej tęsknoty. Tęsknota wylewała się więc z wanny na podłogę. Zawodziła w rynsztokach, gdzie mieszała się z odchodami metropolii. Spływała znieczyszczonymi kanałami do miejskich doków. Tutejsza woda dawno już zapomniała o tym, czym jest wolność. Nie śpiewała. Nie tańczyła. Była martwa, choć postępowała wciąż dalej, jak niekończący się kondukt pogrzebowy. Tamiza była ściekiem Londynu, angielskim odpowiednikiem greckiego Kokytos, spływającym popiołem. Nic już tutaj nie ma poza popiołem, chciała powiedzieć Lorraine. Nawet ognie zgasły. Tylko oczy półwili wciąż lśniły płomieniem świec stawianych na ołtarzu bogini podziemia. Była jej kapłanką, czuwającą u brzegów Lete, aby pomóc przeprawić się duszom przez porywistą toń. A może była samą boginią, gotową otulić wodami zapomnienia jak włosami spływającymi kaskadą na wątłe ramiona. Jakże ironicznym było, że to Podziemne Ścieżki okazały się najbezpieczniejszym miejscem w trakcie Spalonej Nocy! Lorraine długo ostatnio wpatrywała się w dno położonej w podziemiach studni, która jeszcze do niedawna stanowiła pomost między światem na powierzchni, a tym skrytym w głębinach. Oto był Styks. Kiedyś wystarczyło zanurzyć się w jego wodach, żeby przejść na drugą stronę, przejście zostało jednak przeniesionym. Teraz tylko Lorraine przeglądała się w jego spokojnej tafli jak w zwierciadle. A zwierciadło pokazywało bardzo wiele. To co było. To co jest. A czasem nawet to, co się jeszcze nie wydarzyło. Może dlatego oczy jej zdawały się ostatnio zimniejszymi. Zbyt długo trwała w bezruchu, wpatrzona w wodne zwierciadło. Lorraine Malfoy, biała wiedźma ze Ścieżek, z oczami jak bezdenne studnie.
— Z wodą kojarzy mi się twój śpiew.
Dziwny był to komplement. Jeszcze dziwniejszą realizacja, jak z tym komplementem przyszła.
Lorraine przechyliła lekko głowę, przypatrując się Urd z nowym zainteresowaniem.
Jeżeli to było manipulacją, wszystko było manipulacją; każdy jeden uśmiech, gest, wydawał się starannie obliczonym na efekt. Jakże straszliwą manipulantką była Lorraine! Manipulowała ludźmi, żeby ją lubili. Żeby czuli się dobrze u jej boku… A może nawet, żeby ją kochali. Manipulowało się w końcu po to, aby móc czerpać z manipulacji jakąś korzyść. Tylko czego Lorraine mogła chcieć od Urd? Jakie korzyści mogła czerpać z manipulowania kompletnie nieznajomą sobie osobą? Urd była dla niej piękną twarzą napotkaną przypadkiem w barze. Była głosem, który Lorraine zafascynował — swoim tembrem, głębią — zafascynował na tyle, że podeszła, aby skomplementować jego właścicielkę. Nie wiedziała, czy ich drogi jeszcze się z sobą skrzyżują, i, po prawdzie, nie zastanawiała się nad tym. Dla niej to wszystko było tylko przyjemną rozmową przy winie, niewinną wymianą uprzejmości w zatłoczonym barze. Do niedawna wiele czasu poświęcała rozważaniom, gdzie zaczyna się autentyczna Lorraine, a gdzie ta performatywna. Gdzie przebiega granica między manipulacją, a zwyczajną chęcią przypodobania się komuś; zadbania o to, aby miło wspominał wspólne spotkanie. Och, nie, zmanipulowała Urd, żeby myślała, że jest miła! Zmanipulowała ją, żeby dobrze się bawiła w jej towarzystwie!
Wszystko było manipulacją, a może nic nie było manipulacją. Może Lorraine chciała być tak po prostu miła.
Nie widziała różnicy między autentyczną uprzejmością, a wyuczonym mechanizmem społecznym. Nie wiedziała, co jest efektem otrzymanego wychowania, a co strategią przetrwania. Nie umiała rozróżnić, gdzie kończy się realna afektacja, a gdzie zaczyna magiczne wzmocnienie oddziaływania na cudze emocje. Czy uśmiech, który miał sprawić, że rozmówca poczuje się swobodniej, był manipulacją? Czy manipulacją była modulacja głosu, odpowiedni dobór słów, pochylenie głowy, komplement wtrącony między wierszami? W zwyczajnych relacjach międzyludzkich zostałoby to nazwane taktem. Może nawet wdziękiem. Troską, chociaż od manipulantek zwyzywał ją Atreus, gdy zatroskana wypytywała go o wydarzenia na Polanie Ognisk. Ale ponieważ Lorraine była wilą, wszystko to było nazywane manipulacją. Widać taką była już jej dola. Nie musiała planować uwiedzenia ani podporządkowania sobie Urd. Wystarczyło, że była. Wystarczyło, że ta druga osoba poczuła, że Lorraine poruszyła w niej coś swoją obecnością, aby nazwać to manipulacją. Tak było przecież bezpieczniej niż przyznać, że dała się oczarować.
— Tutaj możesz gwizdać — odparła równie miękko Lorraine. — Możesz walić kubkiem w stół, domagając się głośno bisu, a nawet zatańczyć na kontuarze, ku uciesze gawiedzi. Dziurawy Kocioł widział dziwniejsze rzeczy. W bardziej eleganckich miejscach wolą oklaski. Ale ty przecież o tym wiesz, Urd Nordgesim. — Lorraine przesunęła leniwie spojrzeniem po twarzy blondynki. — Kryje się w tobie więcej, niż chcesz pokazać. Gdy patrzy się na powierzchnię wody, trudno w końcu ocenić, jak głęboko sięga dno… Nawet wtedy, gdy woda nie jest wzburzoną.
Lorraine uśmiechnęła się. Wiele rzeczy dało się wyczytać z jej uśmiechu.
— Świat się zmienia. Londyn się zmienia. Czuję to w wodzie. Czuję to w ziemi. Wyczuwam w powietrzu. — Pewne rzeczy pozostawały jednak niezmiennymi, pomyślała, bujając palcem na zielonej aksamitce, zdobiącej jej szyję. — Gdyby kiedykolwiek naszła cię ochota, żeby pośpiewać, wstąp do kowenu Whitecroft. W kruchcie stoi naczynie z poświęconą wodą. — Wciąż jeszcze istniały w Londynie miejsca, gdzie woda była znakiem sacrum, nie profanum. — Skręć za nim w lewo, aby wejść na chór. — Zanim zebrała się do wyjścia, rzuciła ostatnie spojrzenie Urd. — Nie będę się z tobą żegnać — dodała łagodnie.
Wiedziała przecież, że opuści Dziurawy Kocioł nucąc pod nosem jej piosenkę.
— Z wodą kojarzy mi się twój śpiew.
Dziwny był to komplement. Jeszcze dziwniejszą realizacja, jak z tym komplementem przyszła.
Lorraine przechyliła lekko głowę, przypatrując się Urd z nowym zainteresowaniem.
Jeżeli to było manipulacją, wszystko było manipulacją; każdy jeden uśmiech, gest, wydawał się starannie obliczonym na efekt. Jakże straszliwą manipulantką była Lorraine! Manipulowała ludźmi, żeby ją lubili. Żeby czuli się dobrze u jej boku… A może nawet, żeby ją kochali. Manipulowało się w końcu po to, aby móc czerpać z manipulacji jakąś korzyść. Tylko czego Lorraine mogła chcieć od Urd? Jakie korzyści mogła czerpać z manipulowania kompletnie nieznajomą sobie osobą? Urd była dla niej piękną twarzą napotkaną przypadkiem w barze. Była głosem, który Lorraine zafascynował — swoim tembrem, głębią — zafascynował na tyle, że podeszła, aby skomplementować jego właścicielkę. Nie wiedziała, czy ich drogi jeszcze się z sobą skrzyżują, i, po prawdzie, nie zastanawiała się nad tym. Dla niej to wszystko było tylko przyjemną rozmową przy winie, niewinną wymianą uprzejmości w zatłoczonym barze. Do niedawna wiele czasu poświęcała rozważaniom, gdzie zaczyna się autentyczna Lorraine, a gdzie ta performatywna. Gdzie przebiega granica między manipulacją, a zwyczajną chęcią przypodobania się komuś; zadbania o to, aby miło wspominał wspólne spotkanie. Och, nie, zmanipulowała Urd, żeby myślała, że jest miła! Zmanipulowała ją, żeby dobrze się bawiła w jej towarzystwie!
Wszystko było manipulacją, a może nic nie było manipulacją. Może Lorraine chciała być tak po prostu miła.
Nie widziała różnicy między autentyczną uprzejmością, a wyuczonym mechanizmem społecznym. Nie wiedziała, co jest efektem otrzymanego wychowania, a co strategią przetrwania. Nie umiała rozróżnić, gdzie kończy się realna afektacja, a gdzie zaczyna magiczne wzmocnienie oddziaływania na cudze emocje. Czy uśmiech, który miał sprawić, że rozmówca poczuje się swobodniej, był manipulacją? Czy manipulacją była modulacja głosu, odpowiedni dobór słów, pochylenie głowy, komplement wtrącony między wierszami? W zwyczajnych relacjach międzyludzkich zostałoby to nazwane taktem. Może nawet wdziękiem. Troską, chociaż od manipulantek zwyzywał ją Atreus, gdy zatroskana wypytywała go o wydarzenia na Polanie Ognisk. Ale ponieważ Lorraine była wilą, wszystko to było nazywane manipulacją. Widać taką była już jej dola. Nie musiała planować uwiedzenia ani podporządkowania sobie Urd. Wystarczyło, że była. Wystarczyło, że ta druga osoba poczuła, że Lorraine poruszyła w niej coś swoją obecnością, aby nazwać to manipulacją. Tak było przecież bezpieczniej niż przyznać, że dała się oczarować.
— Tutaj możesz gwizdać — odparła równie miękko Lorraine. — Możesz walić kubkiem w stół, domagając się głośno bisu, a nawet zatańczyć na kontuarze, ku uciesze gawiedzi. Dziurawy Kocioł widział dziwniejsze rzeczy. W bardziej eleganckich miejscach wolą oklaski. Ale ty przecież o tym wiesz, Urd Nordgesim. — Lorraine przesunęła leniwie spojrzeniem po twarzy blondynki. — Kryje się w tobie więcej, niż chcesz pokazać. Gdy patrzy się na powierzchnię wody, trudno w końcu ocenić, jak głęboko sięga dno… Nawet wtedy, gdy woda nie jest wzburzoną.
Lorraine uśmiechnęła się. Wiele rzeczy dało się wyczytać z jej uśmiechu.
— Świat się zmienia. Londyn się zmienia. Czuję to w wodzie. Czuję to w ziemi. Wyczuwam w powietrzu. — Pewne rzeczy pozostawały jednak niezmiennymi, pomyślała, bujając palcem na zielonej aksamitce, zdobiącej jej szyję. — Gdyby kiedykolwiek naszła cię ochota, żeby pośpiewać, wstąp do kowenu Whitecroft. W kruchcie stoi naczynie z poświęconą wodą. — Wciąż jeszcze istniały w Londynie miejsca, gdzie woda była znakiem sacrum, nie profanum. — Skręć za nim w lewo, aby wejść na chór. — Zanim zebrała się do wyjścia, rzuciła ostatnie spojrzenie Urd. — Nie będę się z tobą żegnać — dodała łagodnie.
Wiedziała przecież, że opuści Dziurawy Kocioł nucąc pod nosem jej piosenkę.
Koniec sesji