Tak, zmiana zachowania kobiety była widoczna gołym okiem i to tak, że nawet ślepy zauważyłby, że coś jest mocno na rzeczy. Victoria jednak zamierzała udawać idiotkę, pomalowaną na ciemno blondynkę z tych wszystkich żartów, i zachowywała się tak, jakby zupełnie nie dostrzegła tej nagłej zmiany. Uśmiechnęła się po prostu do kobiety jak gdyby nigdy nic, nim zerknęła ponownie na wielkie drzewo, które nie powinno być o tej porze roku tak zielone, jakby właśnie byli w środku lata.
– Możemy, jeśli chcesz – odpowiedziała, spojrzawszy teraz na Chrisa i nawet uśmiechnęła się do niego, ponownie splatając ich palce.
Oferowali im jedzenie… Co prawda to jeszcze nic nie znaczyło, powinni się teraz zachowywać tak, jak normalni ludzie, czyli oczekiwać, że zapłacą za ten posiłek, choć Victorii się wydawało, że nie będą chcieli od nich ani monety.
Może to uspokajało ich sumienie.
Rzeczywiście im się nie spieszyło. Mieli czas do zmierzchu, bo najpewniej wtedy ten potwór w ogóle wychodził skądkolwiek się krył w ciągu dnia. A do tego czasu musieli odkryć, jak sobie z tym problemem w ogóle poradzić. Tymczasem najlepiej było po prostu zagrać w tym przedstawieniu.
– Jestem przekonana, że to będzie najsmaczniejsza pieczeń w naszym życiu – odparła na to, bo sama nie myślała, że cokolwiek im dodadzą do jedzenia. Brian i jego partnerka wyglądali na w pełni sił, znaczy że nie próbowano ich w żaden sposób osłabić czy otumanić. Z drugiej strony pewnie nie spodziewano się, że zwieją. Z trzeciej… prawdopodobnie dopiero teraz zorientowali się, że mieli problem – w ten sposób przynajmniej Victoria czytała tę nagłą zmianę zachowania kobiety, co oznaczało, że raczej nie mieliby czasu, by zmienić swoje zwyczajowe podejście, bo chyba nie byli przyzwyczajeni, że ich cele jednak uchodziły z życiem. Co zaś się tyczyło driad kanibali… Na to Victoria jedynie ściągnęła usta i mocniej ścisnęła dłoń Christophera.
Drzewo… To drzewo i w ogóle plony nie dawały jej spokoju. Coś ewidentnie było tutaj związanego z naturą, z cyklem koła roku – co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości. Plony, zbiory… Co się z tym wiązało? Sabaty. Sabaty…
I ona zauważyła te gwoździe, ale zaraz przywołała na twarz uśmiech, bo właśnie zbliżali się do zajazdu.
– To nie będzie w ogóle problem? Nie chcielibyśmy robić kłopotu – zaczęła, gdy kobieta stojąca w drzwiach tak jowialnie witała ich w zajeździe.
– Ale jaki to problem! Już od rana szykujemy się do pory obiadowej, niedługo wszystko będzie gotowe – powiedziała im i za chwile wtrąciła o siostrzenicy i sosie, i… napojach.
– Och, to jabłoni macie więcej? Myślałam, że tylko tę jedną tam… Bo na polach chyba rośnie jakieś zboże? – wtrąciła, podtrzymując rozmowę, gdy kobieta poprowadziła ich do stolika, by sobie usiedli.
– Ależ skąd, wokół Towens są sady i pola. Musieliście przyjechać od zachodniej albo południowej strony, tak? Na północy mamy sady. To najlepsze jabłka w okolicy, naprawdę polecam! – kobieta chętnie zmieniła temat rozmowy z wielkiej i starej jabłoni na sady i pola, uśmiechając się przy tym dobrodusznie.
– To może ja spróbuję tego cydru? Chris prowadzi, to może lepiej nie… – stwierdziła i puściła przy tym oko do blondyna, jakby właśnie się z nim droczyła.