01.07.2026, 12:42 ✶
Chris obserwował nie drzewo, a kobietę, spodziewając się awantury: bo i jej mina, i ton, i cała postawa były jakieś takie napastliwe, jakby dokonali świętokradztwa samym zbliżeniem się do jabłoni.
A potem nagle coś się zmieniło.
Spoglądał na nią skonfundowany, ale zaraz ukrył to pod uśmiechem, który nie sięgał jednak jasnych oczu Christophera.
– Uwielbiam pieczeń – odparł, zgodnie z prawdą zresztą, zanim jego spojrzenie przesunęło się na drzewo. Na kilka opadłych liści. Nie wiedział, co dokładnie się tu dzieje, ale był pewien, że jabłoń nie powinna wyglądać tak o tej porze roku, i że stosunek kobiety zmienił się wobec nich o sto osiemdziesiąt stopni. – Chcieliśmy tylko poprosić o trochę paliwa, ale może zostaniemy na obiad. Prawda, kotku? – spytał, znów sięgając po dłoń Victorii.
Kobieta uśmiechnęła się do nich, nagle serdeczna.
– Zapraszamy, w zajeździe mają też doskonały sok i cydr. Paliwo też załatwimy, ale musicie poczekać, większość nie ma tu zapasowego, za to Stary Tom na pewno wam go użyczy, jak tylko wróci z pracy. Spieszy się wam?
– Ani trochę – zapewnił Chris z poważną miną. Kobieta zaś uśmiechnęła się jeszcze szerzej i ruszyła do zajazdu przodem, niemal biegiem, rzucając coś o tym, że ich uprzedzi.
– Mam nadzieję, że niczego nie dodadzą do tej pieczeni, bo w sumie to bym ją zjadł… jakbym nie widział tego stracha, pomyślałbym, że mamy tu driady kanibali – wymruczał Christopher bardzo cicho do Victorii, zanim ruszyli w stronę miejscowej gospody. Pomyślał o tych wszystkich rytuałach i starych opowieściach, w których ofiary tuczono przed pożarciem: ale powstrzymał się od ich przytoczenia. Nie spytał też Victorii, co myśli o tym drzewie i czy pamięta o jakichś istotach, które mogłyby być z jabłonią powiązane: nie chciał, by ktoś usłyszał. Ale nim weszli do zajazdu spojrzał jeszcze na drzwi sąsiedniego budynku.
Przybito do nich gwoździe.
Forma ochrony?
*
– Zapraszam, zapraszamy! – zawołała od drzwi starsza kobieta o sympatycznej twarzy, która gdy weszli rozmawiała z tą napotkaną na ulicy. Nie wyglądała na morderczynię czy kogoś o złych intencjach. Zajazd był pusty, ale i pora była trochę za późna na śniadanie i za wczesna na obiad, a Chris podejrzewał, że pewnie miejscowi przychodzili tu głównie pić wieczorami czy organizować jakieś uroczystości, a i miejsce nie było duże: kilka stolików, a właściciele pewnie mieszkali na piętrze. – Posłałam już moją siostrzenicę, żeby nastawiła sos. Siądźcie na razie i podam wam coś do picia. Macie ochotę na sok albo cydr czy tylko woda?
– Jabłkowy? – spytał Chris niewinnie, gdy kobieta od jabłoni pożegnała się z właścicielką zajazdu i wyszła szybko z pomieszczenia.
– Tak, nasz cydr i sok jabłkowy jest słynny w całej okolicy. Nigdzie nie ma tak pięknych jabłoni jak nasze.
– To zdumiewające, że ta po drugiej stronie ulicy wciąż jest zielona… Musi też być bardzo stara?
Uśmiech kobiety trochę zbladł, ale zaraz wrócił na twarz.
– Jest długo zielona. To niezwykłe drzewo i symbol naszego miasteczka – odparła, ignorując drugą część pytania. Chris uznał, że to ciekawe: skoro druga osoba mówiła, że było tu od bardzo dawna.
A potem nagle coś się zmieniło.
Spoglądał na nią skonfundowany, ale zaraz ukrył to pod uśmiechem, który nie sięgał jednak jasnych oczu Christophera.
– Uwielbiam pieczeń – odparł, zgodnie z prawdą zresztą, zanim jego spojrzenie przesunęło się na drzewo. Na kilka opadłych liści. Nie wiedział, co dokładnie się tu dzieje, ale był pewien, że jabłoń nie powinna wyglądać tak o tej porze roku, i że stosunek kobiety zmienił się wobec nich o sto osiemdziesiąt stopni. – Chcieliśmy tylko poprosić o trochę paliwa, ale może zostaniemy na obiad. Prawda, kotku? – spytał, znów sięgając po dłoń Victorii.
Kobieta uśmiechnęła się do nich, nagle serdeczna.
– Zapraszamy, w zajeździe mają też doskonały sok i cydr. Paliwo też załatwimy, ale musicie poczekać, większość nie ma tu zapasowego, za to Stary Tom na pewno wam go użyczy, jak tylko wróci z pracy. Spieszy się wam?
– Ani trochę – zapewnił Chris z poważną miną. Kobieta zaś uśmiechnęła się jeszcze szerzej i ruszyła do zajazdu przodem, niemal biegiem, rzucając coś o tym, że ich uprzedzi.
– Mam nadzieję, że niczego nie dodadzą do tej pieczeni, bo w sumie to bym ją zjadł… jakbym nie widział tego stracha, pomyślałbym, że mamy tu driady kanibali – wymruczał Christopher bardzo cicho do Victorii, zanim ruszyli w stronę miejscowej gospody. Pomyślał o tych wszystkich rytuałach i starych opowieściach, w których ofiary tuczono przed pożarciem: ale powstrzymał się od ich przytoczenia. Nie spytał też Victorii, co myśli o tym drzewie i czy pamięta o jakichś istotach, które mogłyby być z jabłonią powiązane: nie chciał, by ktoś usłyszał. Ale nim weszli do zajazdu spojrzał jeszcze na drzwi sąsiedniego budynku.
Przybito do nich gwoździe.
Forma ochrony?
*
– Zapraszam, zapraszamy! – zawołała od drzwi starsza kobieta o sympatycznej twarzy, która gdy weszli rozmawiała z tą napotkaną na ulicy. Nie wyglądała na morderczynię czy kogoś o złych intencjach. Zajazd był pusty, ale i pora była trochę za późna na śniadanie i za wczesna na obiad, a Chris podejrzewał, że pewnie miejscowi przychodzili tu głównie pić wieczorami czy organizować jakieś uroczystości, a i miejsce nie było duże: kilka stolików, a właściciele pewnie mieszkali na piętrze. – Posłałam już moją siostrzenicę, żeby nastawiła sos. Siądźcie na razie i podam wam coś do picia. Macie ochotę na sok albo cydr czy tylko woda?
– Jabłkowy? – spytał Chris niewinnie, gdy kobieta od jabłoni pożegnała się z właścicielką zajazdu i wyszła szybko z pomieszczenia.
– Tak, nasz cydr i sok jabłkowy jest słynny w całej okolicy. Nigdzie nie ma tak pięknych jabłoni jak nasze.
– To zdumiewające, że ta po drugiej stronie ulicy wciąż jest zielona… Musi też być bardzo stara?
Uśmiech kobiety trochę zbladł, ale zaraz wrócił na twarz.
– Jest długo zielona. To niezwykłe drzewo i symbol naszego miasteczka – odparła, ignorując drugą część pytania. Chris uznał, że to ciekawe: skoro druga osoba mówiła, że było tu od bardzo dawna.