29.06.2026, 23:07 ✶
Skąd by miał Woody wiedzieć o othellowych rozterkach i problemach rodzinnych? Ano nie wiedział. Wiedział za to, kiedy chłopu nadepnął na odcisk, bo się pan Fawley nachmurzył aż strach. Ino czekać, aż mu rozbrzmi w mrocznych trzewiach upiorny grzmot. Normalnie by się żadnymi gromami pan Tarpaulin nie przejął i brnął w swoje, lecz kiedy rozmawiali o interesach…
— Ja sobie z pana nie żartuję, jak matkę kocham. A bo to jakiś wstyd ten Zamtuz? Przecież ja mam u siebie zatrudnionego chłopca McKinnonów. Bym nie pomyślał, żeby takiej obelgi używać — wytłumaczył niczym oczywistość. Jego propozycja była bowiem niekoniecznie może poważna, lecz w żadnym razie prześmiewcza. Jak najbardziej potrafił on Kościany Zamtuz dostrzec w roli potencjalnego partnera biznesowego. — Gdzie mi do oczerniania przedsiębiorców z Nokturnu?
Woody Tarpaulin sam przecie był nazwiskiem spod ciemnej gwiazdy, mimo że w Rejwachu nie śmierdziało czarną magią. Kręciły się tam za to różne dziwne szwindle, wyszukane deale, proste oszustwa. Na kuchni siedział były więzień, napoje serwował nielegalny wilkołak, przygrywał imigrant bez szkoły, a nad wszystkim czuwał ex-glina wypędzony z urzędu za gwałt na prawach człowieka. Tarp był ostatni do rzucania kamieniem w burdel.
Że lubiał żarty o prostytutkach to inna rzecz, lecz z McKinnonami żył dobrze.
Trafił mu się straszny dziwak w tym Othellu. Taki typ, którego by Woody nie zaprosił do domu na noc, bo nigdy nie wiadomo, co mu w głowie siedzi. Wiedział jednak od początku, na co się pisze. Z dziwniejszymi typami już zresztą w życiu handlował.
Gdy Fawley przybił propozycji łatę ostatecznej, Woody spojrzał na nią, zachowując pokerową twarz. Przyjmie czy odrzuci? Od pierwszego wejrzenia wiedział, że przyjmie — lecz! nie bez ostatniego słowa. Nie bez zmuszenia Fawleya do dołożenia wisienki do tego torciku z lukrem.
Czarodziej chwilę potrzymał kontrahenta w niepewności, rzuciwszy mu sceptyczne spojrzenie, które mówiło: słaba oferta, waham się. Och, jak się wahał.
— Dobra, może się dogdamy — przystał w końcu stary. — Będzie tyle — popukał paluchem w kartkę — ale niech mi pan osłodzi trochę ten deal. Jeśli pan dorzuci gratis woskową pierś niewieścią, uściśniemy sobie ręce. — I swą prawicę Woody Tarp wyciągnął wyczekująco przez stół.
— Ja sobie z pana nie żartuję, jak matkę kocham. A bo to jakiś wstyd ten Zamtuz? Przecież ja mam u siebie zatrudnionego chłopca McKinnonów. Bym nie pomyślał, żeby takiej obelgi używać — wytłumaczył niczym oczywistość. Jego propozycja była bowiem niekoniecznie może poważna, lecz w żadnym razie prześmiewcza. Jak najbardziej potrafił on Kościany Zamtuz dostrzec w roli potencjalnego partnera biznesowego. — Gdzie mi do oczerniania przedsiębiorców z Nokturnu?
Woody Tarpaulin sam przecie był nazwiskiem spod ciemnej gwiazdy, mimo że w Rejwachu nie śmierdziało czarną magią. Kręciły się tam za to różne dziwne szwindle, wyszukane deale, proste oszustwa. Na kuchni siedział były więzień, napoje serwował nielegalny wilkołak, przygrywał imigrant bez szkoły, a nad wszystkim czuwał ex-glina wypędzony z urzędu za gwałt na prawach człowieka. Tarp był ostatni do rzucania kamieniem w burdel.
Że lubiał żarty o prostytutkach to inna rzecz, lecz z McKinnonami żył dobrze.
Trafił mu się straszny dziwak w tym Othellu. Taki typ, którego by Woody nie zaprosił do domu na noc, bo nigdy nie wiadomo, co mu w głowie siedzi. Wiedział jednak od początku, na co się pisze. Z dziwniejszymi typami już zresztą w życiu handlował.
Gdy Fawley przybił propozycji łatę ostatecznej, Woody spojrzał na nią, zachowując pokerową twarz. Przyjmie czy odrzuci? Od pierwszego wejrzenia wiedział, że przyjmie — lecz! nie bez ostatniego słowa. Nie bez zmuszenia Fawleya do dołożenia wisienki do tego torciku z lukrem.
Czarodziej chwilę potrzymał kontrahenta w niepewności, rzuciwszy mu sceptyczne spojrzenie, które mówiło: słaba oferta, waham się. Och, jak się wahał.
— Dobra, może się dogdamy — przystał w końcu stary. — Będzie tyle — popukał paluchem w kartkę — ale niech mi pan osłodzi trochę ten deal. Jeśli pan dorzuci gratis woskową pierś niewieścią, uściśniemy sobie ręce. — I swą prawicę Woody Tarp wyciągnął wyczekująco przez stół.
piw0 to moje paliwo