Lewis popatrzył na nią, jakby na głowę upadła, ale bez złośliwości. Raczej z pobłażaniem. Pokręcił do siebie głową. Shepard's Pie było możliwe tylko dlatego, że mięso pochodziło od owcy, która była chora lub jagnięcia, które nie miało szansy przeżyć, aby nie zmarnować jego życia. Nikt nie zabijał młodych czy mleko i wełno-dajnych owiec od tak sobie. Reszta była dosyć tania i prosta w przygotowaniu, na pewno długo leżała na żołądku i dawało ciepło od środka. Uczucie sytości stanowiło podstawę dobrego samopoczucia.
— Jagniecina? To chyba z milion. Może kiedyś zrobię w Rejwachu, ale to trzeba zapłacić wtedy — poinformował. Z ulicy Horyzontalnej przeszli na Nokturn. Ulice dookoła nic zmieniły się, w ciaśniejsze, brzydsze i zdecydowanie bardziej śmierdzące. Lewis przy okazji opowiadał dziewczynie co mija, nie żeby dużo było tego dookoła, głównie kamienice w kiepskim stanie, z zabitymi niektórymi oknami. Ale Lewis potrafił znaleźć piękno w kałuży gówna, więc zwrócił uwagę Nico na okna pani Meryl, starszej szwaczki, która za drobniaki cerowała ubrania i szyła na miarę. Jej okno było zniszczone, ale czyściutkie, wisiały w nim śliczne, bialutkie, wykrochmalone firanki, a po zewnętrznej stronie parapetu zwisały różowe kwiaty z białym całusem w środku swoich płatków. Lewis nie znał ich nazwy, ale od razu sprawiały, że kamienica nie wyglądała tak smętnie. Pokazał jej w którym podwórku jest najlepszy plac zabaw, zlepiony ze starych desek i wprowadzający opiekunów Promyczka w stan śpiączki, ale działający. Dlaczego? Bo dzieciaki to świetni informatorzy i szpiedzy.
Minęli też Wiwerna, którego surowo nakazał jej omijać.
— W Wiwernie jest droga, źle i paskudni ludzie i w ogóle smród i brud. Ale są z jakiegoś powodu najbardziej znani. — W słowach McKinnona brzmiała bardzo jasna stronniczość i ogólne uprzedzenie do przybytku, o którym mówił. Pokazał jej też Rejwach, mówiąc, że tutaj pracuje i tu jest super.
Wreszcie dotarli do niewielkiego placyku przy studni, gdzie stało coś na kształt budki z paleniskiem, która bardzo już wymagała remontu, ale nikt nie miał na to ani czasu ani pieniędzy. Z wielkiej skrzyni, zamykanej na magiczny zamek, Lewis wyciągnął ogromny kociołek, worek kaszy, dwa worki zwiędłych marchewek, worek ziemniaków oraz czterdzieści puszek wieprzowiny wojskowej z taktycznie zamazanym terminem ważności. Puszkowane się nie psuje więc Lewis się nie przejmował.
Zamiast tego napełnił zaklęciem mniejszą miskę, umył ręce, zawiązał w pasie fartuch i drugi rzucił Nico.
— Otwórz wszystkie puszki. Jak coś jebie, to odstaw na bok, będzie dla bezdomnych zwierząt. Ja odcedzę groch.
Lewis namoczył groch poprzedniego wieczora i teraz ten nadal leżał w garnku, zmieniając się z pomarszczonych kulek w jędrne pyszności. Po odcedzeniu ich, wypełnił kociołek wodą, wrzucił na nowo groch i podpalił palenisko zaklęciem. Później, z niesamowitą wprawą, zaczął obierać cieniutko ziemniaki. Gdy skończyli z miesem, a ziemniaki trafiły do gara, oboję z Nico zaczęli szczotkować marchewki, żeby stracić jak najmniej przy obieraniu i znów nastąpił popis Lewisa, tym razem w krojeniu. I ziemniaki i marchewki zmieniły się w idealne kosteczki, wrzucone w zupę na sam koniec.
— Przetrzemy miski, zaraz ludzie zaczną się zbierać. Przyjmujemy po pięć knutów, ale jak ktoś nie ma, to też dajemy, tylko musi pomóc ze zmywaniem. Albo jak ktoś ma coś na wymianę, na przykład worek kaszy to też robimy wymiankę. Te puszki są od pani Valburg, jej sąsiadka zmarła i zostały w jej mieszkaniu, szkoda, żeby się zmarnowało.
TO COLLECTIVE PROBLEMS