Była przekonana, że przynajmniej częściowo myśleli teraz z Chrisem dokładnie o tym samym. Może i miewali czasami różne podejście do spraw i różne rozwiązania, ale w gruncie rzeczy widzieli niejedno i gdzieś te myśli musiały się łączyć. Nie pierwszy raz zresztą odgrywali kogoś, kim nie byli, a w tym wypadku zagubionych podróżnych i pewne schematy mieli już utarte, dlatego też była pewna, że przynajmniej jeśli chodzi o ilość winnych sytuacji ze strachem, to blondyn ma teraz te same myśli i nie musiał ich mówić na głos, bo wystarczyło jej spojrzenie, które sobie rzucili. To nie był moment na wyjście z roli.
– Pytasz dzika… – nie dokończyła tego jakże wulgarnego powiedzonka o tym, że sra w lesie, bo jasne, że tak wiekowe drzewo ją interesowało. Victoria kochała rośliny, kwiaty, naturę… To nie tak, że chciałaby żyć w pustelniczej chatce na odludziu, ale bardzo dbała o to, co rosło, interesowały ją te tematy.
Też w pierwszej chwili pomyślała, że to dąb, czasami spotykało się takie wielkie, grube okazy, nieczęsto, ale bywało. Na pewno jednak nie spodziewała się zobaczyć tutaj drzewa owocowego. One nie żyły jakoś bardzo długo – średnio kilkadziesiąt lat, a wiec nie rosły tak potężne. Orzechowe, oliwne – tak, te mogły żyć setki lat, ale… jabłoń. Jasne, ta miała różne odmiany, czasami dożywała setki, czasami ją przekraczała, ale to co widzieli tutaj… Wprawiło to Victorię w prawdziwe zdumienie. Nigdy nie widziała, ani nie słyszała o tak potężnej jabłoni. Tak zdrowej. Tak rozłożystej. I ona zadarła głowę, patrząc na ilość gałęzi, na bujną koronę, na ilość jabłek, których nikt nie zbierał… Była to jedna z dziwniejszych rzeczy, jakie widziała.
A potem jakaś kobieta przemyślała jej rozmyślania, burząc się o to, że Chris chciał dotknąć pnia.
– Jest jakiś problem? – wtrąciła się, marszcząc lekko brwi, gdy odwróciła głowę w stronę zrzędliwej kobiety. – A co mielibyśmy zrobić? Niedawno przyjechaliśmy i pytaliśmy o drogę, to wszystko. Nigdy nie widziałam tak potężnej jabłoni. To drzewo musi mieć jakieś… – spojrzała ponownie na drzewo, próbując jakoś oszacować jego wiek, ale bez zmierzenia jego obwodu mogła tylko strzelać (a i ze zmierzeniem byłyby to zgrzały, chociaż nieco bardziej precyzyjne). – Nie wiem, dwieście lat na pewno – dokończyła patrząc teraz na jeden z liści, który wylądował wprost pod ich nogami.
– Jest tu od bardzo dawna, to symbol i chluba naszego miasteczka i nie chcielibyśmy, żeby coś jej się stało – kobieta, patrzyła przez moment na te liście i najwyraźniej wzięła się w garść, kiedy w końcu odpowiedziała Victorii, patrząc to na nią, to na Chrisa. – Mówiliście, że dopiero co przyjechaliście? Może macie ochotę na lunch? W zajeździe podają wyśmienitą pieczeń.