25.06.2026, 01:18 ✶
Udeptana przed nimi ścieżka zniknęła pod karakułami liści, ale zbieracze chrustu nie przejmowali się zapewne drogą powrotną – ślady ich podeszew wciąż widniały pomiędzy drzewami jak ciągnięta za sobą włóczka. Zawsze też mogli się stamtąd teleportować. Chociaż coś jej podpowiadało, że oboje zawsze wybraliby przydługawy spacer, nawet jeśli jedynym dialogiem byłaby cisza wypełniająca wąskie przesmyki między konarami.
Septima chwilę potem zdała sobie sprawę, że tuż obok niej przemierzała las osoba, która żyje za kotarą zupełnie innej rzeczywistości. Nie myślała o linii dzielącej życie i śmierć i o tym jak inaczej jest przeistoczyć się z ciepłego ciała w chłodną, pustą pokrywę (choć sam fakt wypowiedzenia tak okrutnych słów, nawet we własnej głowie, przeraził ją — jeśli taka intruzyjna myśl przedarła się przez nią, jakie myśli rodziły się w głowach prawdziwych wykolejeńców?).
Pomyślała o abstrakcyjnej rzeczywistości, w której twoja rodzina zgodna jest z wizją Voldemorta, człowieka, który przywłaszczył sobie prawo decydowania o cudzym losie — a takiego prawa nie posiadać powinien nikt, oprócz najstarszych bogów tego świata.
Ollivander mimo wszystko doskonale rozumiała wdzięczność. Rozumiała nawet, że człowiek po czymś takim zaczyna dopatrywać się sensu w rzeczach, które wcześniej odrzuciłby jako niewygodne albo niemożliwe. Ale nie potrafiła do końca pojąć myśli, że czyjaś potęga, cud albo łaska mogłyby uczynić go mniej odpowiedzialnym za własne wybory. Albo bardziej godnym wybaczenia. Ale łatwo było być odważnym w cudzej historii. Jeszcze prościej, jeśli we własnej nigdy nie przyszło zapłacić ceny za podobną odwagę, pielęgnując w sobie wyłącznie buńczuczną frustrację oraz narastający gniew. Na kartach historii ludzkości jednostki pokroju Voldemorta pojawiały się średnio co kilka dekad, na przestrzeni wszystkich kontynentów i cywilizacji, burząc obowiązujący porządek i harmonię, gwałtem czyniąc swoim to, co nigdy do nich nie należało. Wszyscy kończyli tak samo.
Mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem, krzywo i nieładnie. Przez moment patrzyła przed siebie, na ciemne pasy mokrej kory i liście przyklejone do ubłoconego trzewika.
— Ciekawe czy ma mu za złe, że od płomieni ocalił również Ollvanderów.
Nie było to pytanie. Ale było to zdanie pozbawione pokory. Może za bardzo.
Przystanęła gwałtownie; jak na kogoś, kto wyglądał teraz jak leśna zjawa, wyjątkowo zabrakło jej w tym momencie gracji.
Chciała na niego spojrzeć. Chciała wedrzeć się w sitowie dymnego spojrzenia i sprawdzić, czy to pytanie nie odbije się od nich równie łatwo, jak odbijały się gałęzie od rękawów ich płaszczy.
Nie umknęła jej ta przezorna lakoniczność i ostrożność wypowiedzi. Matka. Ojciec. On. Każde z tych słów miało swoje miejsce, twarde granice, których nie należało przekraczać bez zaproszenia. Ale jednak powiedział coś, co nie uznała za powściągliwe. Wręcz przeciwnie — „bardziej zgodna” było kluczem, niż kolejną zagadką. Bo brzmiało tak jakby chodziło o coś więcej niż wdzięczność.
Od bielma martwych, chłopięcych oczu oddzielało ją już tylko ciężkie powietrze.
— A Ty, Savašie? Z kim jesteś zgodny?
Ton wyścielony był łagodnością. Pytała niemalże z czystej ciekawości. Ale przecież o czystą ciekawość nie mogło chodzić w takim pytaniu. Bo nie pytała o rodzinę. Ani o poglądy. Nawet nie o lojalność. Pytała o to, wobec czego człowiek przystaje na największe poświęcenia.
— Wiesz — zaczęła chwilę potem, mrużąc oczy i zadzierając lekko głowę ku niebu, z którego powoli odpływało światło. — Naprawdę chciałabym być twoją przyjaciółką. Chciałabym żebyś był moim przyjacielem. Jest tylko… jeden problem.
Septima chwilę potem zdała sobie sprawę, że tuż obok niej przemierzała las osoba, która żyje za kotarą zupełnie innej rzeczywistości. Nie myślała o linii dzielącej życie i śmierć i o tym jak inaczej jest przeistoczyć się z ciepłego ciała w chłodną, pustą pokrywę (choć sam fakt wypowiedzenia tak okrutnych słów, nawet we własnej głowie, przeraził ją — jeśli taka intruzyjna myśl przedarła się przez nią, jakie myśli rodziły się w głowach prawdziwych wykolejeńców?).
Pomyślała o abstrakcyjnej rzeczywistości, w której twoja rodzina zgodna jest z wizją Voldemorta, człowieka, który przywłaszczył sobie prawo decydowania o cudzym losie — a takiego prawa nie posiadać powinien nikt, oprócz najstarszych bogów tego świata.
Ollivander mimo wszystko doskonale rozumiała wdzięczność. Rozumiała nawet, że człowiek po czymś takim zaczyna dopatrywać się sensu w rzeczach, które wcześniej odrzuciłby jako niewygodne albo niemożliwe. Ale nie potrafiła do końca pojąć myśli, że czyjaś potęga, cud albo łaska mogłyby uczynić go mniej odpowiedzialnym za własne wybory. Albo bardziej godnym wybaczenia. Ale łatwo było być odważnym w cudzej historii. Jeszcze prościej, jeśli we własnej nigdy nie przyszło zapłacić ceny za podobną odwagę, pielęgnując w sobie wyłącznie buńczuczną frustrację oraz narastający gniew. Na kartach historii ludzkości jednostki pokroju Voldemorta pojawiały się średnio co kilka dekad, na przestrzeni wszystkich kontynentów i cywilizacji, burząc obowiązujący porządek i harmonię, gwałtem czyniąc swoim to, co nigdy do nich nie należało. Wszyscy kończyli tak samo.
Mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem, krzywo i nieładnie. Przez moment patrzyła przed siebie, na ciemne pasy mokrej kory i liście przyklejone do ubłoconego trzewika.
— Ciekawe czy ma mu za złe, że od płomieni ocalił również Ollvanderów.
Nie było to pytanie. Ale było to zdanie pozbawione pokory. Może za bardzo.
Przystanęła gwałtownie; jak na kogoś, kto wyglądał teraz jak leśna zjawa, wyjątkowo zabrakło jej w tym momencie gracji.
Chciała na niego spojrzeć. Chciała wedrzeć się w sitowie dymnego spojrzenia i sprawdzić, czy to pytanie nie odbije się od nich równie łatwo, jak odbijały się gałęzie od rękawów ich płaszczy.
Nie umknęła jej ta przezorna lakoniczność i ostrożność wypowiedzi. Matka. Ojciec. On. Każde z tych słów miało swoje miejsce, twarde granice, których nie należało przekraczać bez zaproszenia. Ale jednak powiedział coś, co nie uznała za powściągliwe. Wręcz przeciwnie — „bardziej zgodna” było kluczem, niż kolejną zagadką. Bo brzmiało tak jakby chodziło o coś więcej niż wdzięczność.
Od bielma martwych, chłopięcych oczu oddzielało ją już tylko ciężkie powietrze.
— A Ty, Savašie? Z kim jesteś zgodny?
Ton wyścielony był łagodnością. Pytała niemalże z czystej ciekawości. Ale przecież o czystą ciekawość nie mogło chodzić w takim pytaniu. Bo nie pytała o rodzinę. Ani o poglądy. Nawet nie o lojalność. Pytała o to, wobec czego człowiek przystaje na największe poświęcenia.
— Wiesz — zaczęła chwilę potem, mrużąc oczy i zadzierając lekko głowę ku niebu, z którego powoli odpływało światło. — Naprawdę chciałabym być twoją przyjaciółką. Chciałabym żebyś był moim przyjacielem. Jest tylko… jeden problem.
Kocham drewno i duże bicepsy.