Zastanawiała się, czy ktoś nie ściągnął z limbo jakiejś duszy i nie uwięził jej w strachu na wróble być może z zemsty, a dusza siłą przetrzymywana w takim „ciele” mogła ulec jakiejś degradacji, stąd te morderstwa. Może okolice Beltane i Samhain ją wybudzały? Podzieliła się oczywiście swoimi szalonymi teoriami z Christopherem, ale było to tylko tym – teorią nijak i niczym niepopartą, ale co innego im pozostało, skoro w książkach nic nie znaleźli i dzwonienie (z różdżki, tak to się powinno nazywać) do znajomego również nic nie pomogło.
Prawdopodobny problem z prześcignięciem stracha mógł być taki, że istniało duże prawdopodobieństwo, że ten się nie męczył, w przeciwieństwie do nich. Natomiast adrenalina i walka o życie mogły im dodać sił. Victoria jednak uznała, że to problem, którym będą się zajmować za kilkanaście godzin, a nie na teraz i postanowiła nie martwić się na zapas, bo mieli robotę do wykonania.
Robotę, za którą nikt im w gruncie rzeczy nie płacił, ale ktoś to musiał robić, tak? To nie było nudne życie od poniedziałku do piątku, tutaj każdy dzień był inną przygodą w doborowym towarzystwie.
– Zwłaszcza łatwo się pomylić, jeśli ktoś nie ma mapy – stwierdziła, gdy już przeszli się poboczem i znaleźli właściwe miejsce. No i między innymi dlatego mapę zostawili w swoim samochodzie, a nie wzięli jej do tego wypożyczonego, wszystko na wszelki wypadek, gdyby ktoś go chciał jednak przeszukać. Najpotrzebniejsze rzeczy mieli przy sobie, a jak wiadomo damska torebka to trochę inny wymiar i niepozorna potrafiła pomieścić dużo różnych rzeczy. Jak na przykład opakowanie soli himalajskiej, bo Victoria wiedziona jakimś dziwnym przeczuciem, zapakowała ją do środka. Paczkę gwoździ wsadziła Chrisowi do kieszeni spodni. Tak na wszelki wypadek. – Może nie holują samochodu do miasta? Może gdzieś pod miasto na przykład – zasugerowała, nim weszli w to pole.
Kręcili się po nim i kręcili i było to kręcenie się z grubsza bezowocne.
– To pole jest jakieś dziwne – wyznała po jakimś czasie. – Mam na myśli to, że patrz jakie te kłosy są wyrośnięte. I nie ma tutaj żadnych szkodników, nic. Żadnych klasycznych w takich miejscach chrząszczy i larw. Mszyc. Ogólnie owadów, tylko muchy – mruknęła obracając się wokół własnej osi. – Jeśli to ma coś wspólnego z polem, zbiorami i naturą, to ta sól może nie być takim głupim pomysłem – dodała, poprawiając sobie torebkę na ramieniu. Sól potrafiła wyjałowić ziemię. Sprawić, że rośliny będą więdnąć… – Ciekawe gdzie on się chowa – zmrużyła oczy.