17.06.2026, 08:51 ✶
– Jeśli tak, to niedobrze, bo mają też piłę – mruknął Chris, chociaż przyszło mu do głowy, że może te gwoździe faktycznie się im kiedyś przydadzą. Na przykład kiedy się na kogoś wkurzy, będzie mógł wbić je w oponę. – Mogli ruszyć wzdłuż drogi z powrotem do miasteczka… – Auto stało tak, że prawdopodobnie to z niego jechali. I tam w ich oponach znalazły się gwoździe, co Chris przyjął prawie z zadowoleniem, bo potwierdzało chodzącą mu po głowie teorię: coś było nie tak z miasteczkiem. To nie tak, że w okolicy grasował zżerający samochody wraz z zawartością potwór. A jednocześnie… jednocześnie zaraz sprowadziło to na niego ponury nastrój.
Bo na świecie było tyle potworów, a okazywało się, że wciąż tymi najgorszymi byli ludzie. Co więcej potwora mogli po prostu zabić, nie przyciągając uwagi: gdy natrafiali na ludzi, urządzających jakieś polowania, historia robiła się bardziej skomplikowana.
- Ale jeżeli to ludzie są winni, i chcieli ich napaść poza teren zamieszkanym, nie wiedzieli, kiedy będą musieli się zatrzymać. Jechali za nimi? – zastanowił się, a potem sprawdził silnik.
– Musieli być tu przed chwilą – ocenił, bo ten nie zdążył wystygnąć. To dawało szansę na znalezienie pasażerów żywych, a jeżeli nie: przynajmniej na jakieś ślady, które pozwolą im przekonać się, z czym mają do czynienia.
Skierował światło latarki z koła na pobocze, szukając śladów. Ruszył powoli wzdłuż drogi, świecąc to na grunt, to między rośliny, palce wolnej ręki zaciskając na broni, by w razie czego szybko móc ją wyciągnąć. Chciał sprawdzić, czy znajdzie jakiś trop: jeżeli nie, pozostawało im zrobić zdjęcia pojazdu i rejestracji, a potem pojechać wolno, z odkręconymi szybami wzdłuż drogi, i liczyć, że natkną się na spacerowiczów.
Ale kiedy pokonał kilkanaście metrów, dostrzegł, że kawałek dalej porusza się zboże.
– Vika! – zawołał, wychodząc na środek ulicy, by nie stać tuż przy granicy roślin, z których w każdej chwili mogło coś wypaść. Uniósł broń i faktycznie… coś spomiędzy zboża wypadło: Chris wycelował, a kobieta krzyknęła, cofnęła się i upadła. Zdawała się spanikowana, nieuzbrojona i zdecydowanie żywa. Christopher zaklął i szybko schował broń.
– Proszę pani? Wszystko w porządku? Zobaczyliśmy samochód… – wyrzucił z siebie, unosząc dłonie, by pokazać, że nie ma złych zamiarów.
– On mnie goni! Goni! Brian tam został! – krzyknęła, podnosząc się i oglądając, a gdzieś spomiędzy zboża dobiegł męski krzyk. Chris złapał ją w pół, gdy zrobiła taki ruch, jakby chciała znów wpaść w zboże.
– Proszę wsiąść do auta! Sprawdzę to! – rzucił, prawie rzucając ją w stronę Victorii. Nieuzbrojony cywil w takiej sytuacji był większym problemem niż pomocą.
Bo na świecie było tyle potworów, a okazywało się, że wciąż tymi najgorszymi byli ludzie. Co więcej potwora mogli po prostu zabić, nie przyciągając uwagi: gdy natrafiali na ludzi, urządzających jakieś polowania, historia robiła się bardziej skomplikowana.
- Ale jeżeli to ludzie są winni, i chcieli ich napaść poza teren zamieszkanym, nie wiedzieli, kiedy będą musieli się zatrzymać. Jechali za nimi? – zastanowił się, a potem sprawdził silnik.
– Musieli być tu przed chwilą – ocenił, bo ten nie zdążył wystygnąć. To dawało szansę na znalezienie pasażerów żywych, a jeżeli nie: przynajmniej na jakieś ślady, które pozwolą im przekonać się, z czym mają do czynienia.
Skierował światło latarki z koła na pobocze, szukając śladów. Ruszył powoli wzdłuż drogi, świecąc to na grunt, to między rośliny, palce wolnej ręki zaciskając na broni, by w razie czego szybko móc ją wyciągnąć. Chciał sprawdzić, czy znajdzie jakiś trop: jeżeli nie, pozostawało im zrobić zdjęcia pojazdu i rejestracji, a potem pojechać wolno, z odkręconymi szybami wzdłuż drogi, i liczyć, że natkną się na spacerowiczów.
Ale kiedy pokonał kilkanaście metrów, dostrzegł, że kawałek dalej porusza się zboże.
– Vika! – zawołał, wychodząc na środek ulicy, by nie stać tuż przy granicy roślin, z których w każdej chwili mogło coś wypaść. Uniósł broń i faktycznie… coś spomiędzy zboża wypadło: Chris wycelował, a kobieta krzyknęła, cofnęła się i upadła. Zdawała się spanikowana, nieuzbrojona i zdecydowanie żywa. Christopher zaklął i szybko schował broń.
– Proszę pani? Wszystko w porządku? Zobaczyliśmy samochód… – wyrzucił z siebie, unosząc dłonie, by pokazać, że nie ma złych zamiarów.
– On mnie goni! Goni! Brian tam został! – krzyknęła, podnosząc się i oglądając, a gdzieś spomiędzy zboża dobiegł męski krzyk. Chris złapał ją w pół, gdy zrobiła taki ruch, jakby chciała znów wpaść w zboże.
– Proszę wsiąść do auta! Sprawdzę to! – rzucił, prawie rzucając ją w stronę Victorii. Nieuzbrojony cywil w takiej sytuacji był większym problemem niż pomocą.