15.06.2026, 11:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.06.2026, 11:53 przez Christopher Rosier.)
– Strzelba, druga strzelba, pistolet, drugi pistolet, stalowy sztylet, posrebrzany sztylet, topór… Piła? Kiedy ją kupiłaś? Nie żebym narzekał, ale tydzień temu nie mieliśmy piły? Trzy butelki święconej wody, stare, srebrne świeczniki do przetopienia, zioła, jagnięca krew… chcesz polować na dżina? Dwa worki soli… czekaj. Ten jeden to sól himalajska? Czy różowa sól zadziała na ducha?
Zaciągnął cienką płachtę, przysłaniającą broń. Na wierzch trafiły szpargały: worki z solą, zniszczone świeczniki, które miały przy najbliższej okazji stać się kulami, święcona woda oraz zwykły, samochodowy ekwipunek, pod którym – miał nadzieję – żadna policja nie będzie chciała grzebać zbyt dogłębnie. Nie żeby tam, gdzie się wybierali, było wiele patrolów policji.
Gdyby były, może ktoś zainteresowałby się, że dwa razy w roku, zawsze o tej samej porze, w okolicy znikała samotna para. Przepadali jak kamień w wodę: dwoje ludzi oraz ich samochód. Trwało to tak długo, że w końcu trafiło na kogoś, kogo krewni wiedzieli, z kim się skontaktować. Chris mógłby wyliczyć z pamięci bardzo dużo potworów i duchów, które mogłyby zeżreć ludzi w okolicach Samhain, tego najpaskudniejszego okresu w roku.
Ale żaden z nich nie powinien być zainteresowany samochodami.
Zatrzasnął bagażnik.
*
Wnętrze samochodu wypełniała muzyka, kiedy jechali trasą, którą – jak wynikało z drobiazgowych badań i analiz przypadków z ostatnich dziesięciu lat (dziesięć lat, dwadzieścia przypadków, w sumie czterdzieścioro ludzi, zawsze kobieta, zawsze mężczyzna, dwa tygodnie w okolicach Beltane, dwa tygodnie w okolicach Samhain) – pokonywały wszystkie ofiary. Krajobraz należał do gatunku tych monotonnych, i to nie tylko dlatego, że słońce już zaszło za horyzontem, i wszystko ogarnęły ciemności, rozpraszane jedynie przez światła samochodu. Otaczały ich pola, na których rosło coś, czego Chris nie rozpoznawał, ale co było bardzo wysokie i zdawało się nie mieć końca. Sama droga była dość wąska, z gatunku tych mało uczęszczanych: nic dziwnego. Prowadziła praktycznie donikąd. Miasteczko, które znajdowało się na jej końcu, było niewielkie, zdecydowanie rzadko odwiedzane przez turystów i jeśli ktoś tu trafiał, to zwykle dlatego, że zmylił drogę.
Chris był pewien, że coś musiało być nie tak z tym cholernym miasteczkiem.
Światła samochodu padły na auto, zaparkowane na środku drogi, tuż na granicy pola.
Zaciągnął cienką płachtę, przysłaniającą broń. Na wierzch trafiły szpargały: worki z solą, zniszczone świeczniki, które miały przy najbliższej okazji stać się kulami, święcona woda oraz zwykły, samochodowy ekwipunek, pod którym – miał nadzieję – żadna policja nie będzie chciała grzebać zbyt dogłębnie. Nie żeby tam, gdzie się wybierali, było wiele patrolów policji.
Gdyby były, może ktoś zainteresowałby się, że dwa razy w roku, zawsze o tej samej porze, w okolicy znikała samotna para. Przepadali jak kamień w wodę: dwoje ludzi oraz ich samochód. Trwało to tak długo, że w końcu trafiło na kogoś, kogo krewni wiedzieli, z kim się skontaktować. Chris mógłby wyliczyć z pamięci bardzo dużo potworów i duchów, które mogłyby zeżreć ludzi w okolicach Samhain, tego najpaskudniejszego okresu w roku.
Ale żaden z nich nie powinien być zainteresowany samochodami.
Zatrzasnął bagażnik.
*
Wnętrze samochodu wypełniała muzyka, kiedy jechali trasą, którą – jak wynikało z drobiazgowych badań i analiz przypadków z ostatnich dziesięciu lat (dziesięć lat, dwadzieścia przypadków, w sumie czterdzieścioro ludzi, zawsze kobieta, zawsze mężczyzna, dwa tygodnie w okolicach Beltane, dwa tygodnie w okolicach Samhain) – pokonywały wszystkie ofiary. Krajobraz należał do gatunku tych monotonnych, i to nie tylko dlatego, że słońce już zaszło za horyzontem, i wszystko ogarnęły ciemności, rozpraszane jedynie przez światła samochodu. Otaczały ich pola, na których rosło coś, czego Chris nie rozpoznawał, ale co było bardzo wysokie i zdawało się nie mieć końca. Sama droga była dość wąska, z gatunku tych mało uczęszczanych: nic dziwnego. Prowadziła praktycznie donikąd. Miasteczko, które znajdowało się na jej końcu, było niewielkie, zdecydowanie rzadko odwiedzane przez turystów i jeśli ktoś tu trafiał, to zwykle dlatego, że zmylił drogę.
Chris był pewien, że coś musiało być nie tak z tym cholernym miasteczkiem.
Światła samochodu padły na auto, zaparkowane na środku drogi, tuż na granicy pola.