13.06.2026, 22:29 ✶
Uśmiechnął się kątem wargi na wzmiankę o naiwności, w pełni świadomy przywary, na ślad której przypadkiem natrafił Dægberht. A może coś w jego postawie sprzyjało takim właśnie interpretacjom? Nagle zapragnął spojrzeć na siebie cudzymi oczami. Gościnności nauczył się dopiero od Bellów; wcześniej traktował obcych jak zagrożenie. Niebezpieczeństw należało unikać, no i zasznurować usta, gdy z jakichś względów okazywało się to niemożliwe. Dziś nieustannie kursował między nowym i starym sobą, nie bardzo wiedząc, na ile rozsądne są próby budowania osobowości od fundamentów, gdy przekroczyło się trzydziesty rok życia. Pozostawał więc blisko wierzeń, bo to znał, ale oddalił się od źródła własnej wiary, otoczył się bałwochwalczymi figurkami i szukał podstaw, by lepiej zrozumieć prawidła rządzące innymi systemami religijnymi. Założył, że ciemnowłosy będzie otwarty na taką rozmowę.
Spędził chwilę w swojej głowie, zanim zorientował się, że jego słowa spotkały się z dezaprobatą adresata i stały się bezpośrednią przyczyną urwania rozmowy. Woda zdążyła się zagotować. Nie przemyślał tego zdania, ale też dawno nie musiał się zastanawiać, czy kogoś nie urazi, bo na jego najbliższe środowisko składali się ludzie, którzy dawno przyzwyczaili się do jego uwag. Ta była w zasadzie próbą zobrazowania rzeczywistości; chłopak był niezwykle piękny, no i trochę odklejony, jakby spadł między te drzewa prosto z księżyca, co sprzyjało nazwaniu go raczej stworzeniem, „istotą”, niż osobą. Nie był dziewczyną, ale miał nieoczywisty, androgeniczny typ urody i włosy długie jak jego siostry. Wsypał łyżeczkę herbacianych liści do ceramicznego kubka (najlepszego, jaki miał, bo nieuszczerbionego) i zalał je wrzątkiem; wybrał dość klasycznie: Earl Grey z dodatkiem bławatka. Chabrowe płatki rozłożyły się na powierzchni napoju ślicznie jak nigdy. Pomyślał, że szkoda byłoby zmarnować tak ładną herbatę na siebie samego i cofnął się, już z kubkiem w dłoni, by go przeprosić.
– Przepraszam, to było niepotrzebne. Nigdy więcej tego nie zrobię.
I tyle. Eugene nie miał złych intencji i na ogół dobrze radził sobie z przestrzeganiem cudzych granic, a gorzej z dyskomfortem w relacjach, niezależnie od stopnia zażyłości. Nie pomagało też to, że złość na pięknej twarzy bolała zwykłego człowieka jakoś bardziej. Czuł się tak, jakby skrzywdził szczeniaczka. Wyciągnął rękę z herbatą w jego stronę; ekwiwalent dla próby pogłaskania go po pyszczku. Był świadomy, że może ugryźć, ale z drugiej strony trudno było traktować to wszystko zupełnie poważnie.
– To dla ciebie, Dægberhtcie.
Spędził chwilę w swojej głowie, zanim zorientował się, że jego słowa spotkały się z dezaprobatą adresata i stały się bezpośrednią przyczyną urwania rozmowy. Woda zdążyła się zagotować. Nie przemyślał tego zdania, ale też dawno nie musiał się zastanawiać, czy kogoś nie urazi, bo na jego najbliższe środowisko składali się ludzie, którzy dawno przyzwyczaili się do jego uwag. Ta była w zasadzie próbą zobrazowania rzeczywistości; chłopak był niezwykle piękny, no i trochę odklejony, jakby spadł między te drzewa prosto z księżyca, co sprzyjało nazwaniu go raczej stworzeniem, „istotą”, niż osobą. Nie był dziewczyną, ale miał nieoczywisty, androgeniczny typ urody i włosy długie jak jego siostry. Wsypał łyżeczkę herbacianych liści do ceramicznego kubka (najlepszego, jaki miał, bo nieuszczerbionego) i zalał je wrzątkiem; wybrał dość klasycznie: Earl Grey z dodatkiem bławatka. Chabrowe płatki rozłożyły się na powierzchni napoju ślicznie jak nigdy. Pomyślał, że szkoda byłoby zmarnować tak ładną herbatę na siebie samego i cofnął się, już z kubkiem w dłoni, by go przeprosić.
– Przepraszam, to było niepotrzebne. Nigdy więcej tego nie zrobię.
I tyle. Eugene nie miał złych intencji i na ogół dobrze radził sobie z przestrzeganiem cudzych granic, a gorzej z dyskomfortem w relacjach, niezależnie od stopnia zażyłości. Nie pomagało też to, że złość na pięknej twarzy bolała zwykłego człowieka jakoś bardziej. Czuł się tak, jakby skrzywdził szczeniaczka. Wyciągnął rękę z herbatą w jego stronę; ekwiwalent dla próby pogłaskania go po pyszczku. Był świadomy, że może ugryźć, ale z drugiej strony trudno było traktować to wszystko zupełnie poważnie.
– To dla ciebie, Dægberhtcie.