13.06.2026, 20:31 ✶
— Mi zawsze możesz dawać kwiaty. Dalej pamiętam bukiet, który mi wysłałaś do pracy — przyznał Cameron z uśmiechem. Podarek wylądował u niego w ramach podziękowań za to, że zgodził się wówczas pójść z Rudą na bal charytatywny Longbottomów. — W-wprawdzie zostały po części przechwycone przez… personel, ale nigdy o nich nie zapomnę.
Raczej rzadko dostawał kwiaty w ramach prezentu, ale i tak zdarzało mu się to częściej niż w przypadku mężczyzn, którzy nie zajmowali się na co dzień roślinami w swoim miejscu pracy. Bądź co bądź, dla osób związanych z zielarstwem był to prezent nie tylko cieszący oko, ale też bardzo praktyczny. Wprawdzie pozyskiwanie składników rzemieślniczych z gotowych bukietów nie było najwydajniejsze, ale czasem właśnie w takich zbiorach kwiatów można było trafić na prawdziwe perełki. Jakby na to nie patrzeć kwiaciarnie to dobre punkty zaopatrzeniowe, skomentował bezgłośnie.
— C-chciałbym jeszcze trochę podkręcić formułkę. W końcu… m-muszę ćwiczyć — stwierdził, ściszając nieco głos. — P-pewnie będziesz pracowała w Samhain, prawda? N-nie wypuszczę cię w miasto bez jakiegoś zabezpieczenia, c-co nie?
Nie łudził się, że Heather dostanie wolne na najbliższy sabat, biorąc pod uwagę, jak potoczyło się, chociażby Beltane. Nie zamierzał też się z nią o to kłócić; zaakceptował już poniekąd to, że Ruda poświęciła się BUMowi. Westchnął cicho. Znając życie, Ministerstwo Magii zrobi wszystko, żeby pokazać zwykłym ludziom, że Spalona Noc wcale nie zrujnowała całego aparatu władzy i jeszcze potrafili obronić społeczność. A to pewnie oznaczało pełną mobilizację Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.
Czy to samo czekało Szpital św. Munga? Nie miał bladego pojęcia. Rozpiska dyżurów pozostawała dość chaotyczna, toteż trudno było stwierdzić jakie plany na koniec października ma szefostwo. Czy ściągnął wszystkich uzdrowicieli do budynku szpitala, żeby byli gotowi na wypadek kolejnego kryzysu? A może próbują uprzedzić burdel, który może wystąpić i wyślą jakiś zespół ratowniczy, żeby na miejscu sabatu był dostępny jakiś medyk?
— M-możemy zabrać do nas jeszcze trochę rzeczy, jeśli potrzebujesz — zaoferował. — W końcu OIOM to też twój dom.
Bardzo zależało mu na tym, żeby Ruda nie postrzegała mieszkania jako jego wyłącznej własność. Bądź co bądź, powoli przymierzali się do faktycznego ślubu, więc wypadałoby, żeby w nowym lokum czuła się najswobodniej, jak tylko mogła.
Lupin zatrzymał się w pół kroku, gdy w korytarzu usłyszał charakterystyczny stukot. Uprzejmie poczekał na swoją kolej, po czym pozwolił uściskać się Elizabeth. Nawet próbował ją poklepać po ramieniu, chociaż wyszło mu to nieco niezgrabnie, biorąc pod uwagę, że dalej miał w dłoniach skrzyneczkę z eliksirami.
— Yyy… Prezenty! Od Heather i ode mnie! — wydusił z siebie, zorientowawszy się, że się zamyślił. Wyciągnął przed siebie zbiór eliksirów, posyłając Elizabeth nieśmiały uśmiech. — M-mam nadzieję, że będą s-s-smakowały, psze pani. Będą jak znalazł na t-trochę b-bardziej sz-szalone dni. — Zamilkł na chwilę, zerkając to na jedną to na drugą kobietą. — B-bardzo ładnie Pani dziś wygląda.
Raczej rzadko dostawał kwiaty w ramach prezentu, ale i tak zdarzało mu się to częściej niż w przypadku mężczyzn, którzy nie zajmowali się na co dzień roślinami w swoim miejscu pracy. Bądź co bądź, dla osób związanych z zielarstwem był to prezent nie tylko cieszący oko, ale też bardzo praktyczny. Wprawdzie pozyskiwanie składników rzemieślniczych z gotowych bukietów nie było najwydajniejsze, ale czasem właśnie w takich zbiorach kwiatów można było trafić na prawdziwe perełki. Jakby na to nie patrzeć kwiaciarnie to dobre punkty zaopatrzeniowe, skomentował bezgłośnie.
— C-chciałbym jeszcze trochę podkręcić formułkę. W końcu… m-muszę ćwiczyć — stwierdził, ściszając nieco głos. — P-pewnie będziesz pracowała w Samhain, prawda? N-nie wypuszczę cię w miasto bez jakiegoś zabezpieczenia, c-co nie?
Nie łudził się, że Heather dostanie wolne na najbliższy sabat, biorąc pod uwagę, jak potoczyło się, chociażby Beltane. Nie zamierzał też się z nią o to kłócić; zaakceptował już poniekąd to, że Ruda poświęciła się BUMowi. Westchnął cicho. Znając życie, Ministerstwo Magii zrobi wszystko, żeby pokazać zwykłym ludziom, że Spalona Noc wcale nie zrujnowała całego aparatu władzy i jeszcze potrafili obronić społeczność. A to pewnie oznaczało pełną mobilizację Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.
Czy to samo czekało Szpital św. Munga? Nie miał bladego pojęcia. Rozpiska dyżurów pozostawała dość chaotyczna, toteż trudno było stwierdzić jakie plany na koniec października ma szefostwo. Czy ściągnął wszystkich uzdrowicieli do budynku szpitala, żeby byli gotowi na wypadek kolejnego kryzysu? A może próbują uprzedzić burdel, który może wystąpić i wyślą jakiś zespół ratowniczy, żeby na miejscu sabatu był dostępny jakiś medyk?
— M-możemy zabrać do nas jeszcze trochę rzeczy, jeśli potrzebujesz — zaoferował. — W końcu OIOM to też twój dom.
Bardzo zależało mu na tym, żeby Ruda nie postrzegała mieszkania jako jego wyłącznej własność. Bądź co bądź, powoli przymierzali się do faktycznego ślubu, więc wypadałoby, żeby w nowym lokum czuła się najswobodniej, jak tylko mogła.
Lupin zatrzymał się w pół kroku, gdy w korytarzu usłyszał charakterystyczny stukot. Uprzejmie poczekał na swoją kolej, po czym pozwolił uściskać się Elizabeth. Nawet próbował ją poklepać po ramieniu, chociaż wyszło mu to nieco niezgrabnie, biorąc pod uwagę, że dalej miał w dłoniach skrzyneczkę z eliksirami.
— Yyy… Prezenty! Od Heather i ode mnie! — wydusił z siebie, zorientowawszy się, że się zamyślił. Wyciągnął przed siebie zbiór eliksirów, posyłając Elizabeth nieśmiały uśmiech. — M-mam nadzieję, że będą s-s-smakowały, psze pani. Będą jak znalazł na t-trochę b-bardziej sz-szalone dni. — Zamilkł na chwilę, zerkając to na jedną to na drugą kobietą. — B-bardzo ładnie Pani dziś wygląda.