Miło się rozmawiało, a przynajmniej milej jak pewnie przyszłoby mu z jego bratem. Przynajmniej czegoś się człowiek mógł dowiedzieć. Słuchał więc dalej, nadstawiając ucha i spijając słowa. Jim Blacksmith. Idealnie.
— A to ci historia. Ale ja już takich znam, co kręcą i próbują innych wpierdolić na minę. Ah daj spokój — machnął ręką, jakby mu się to nie jednej raz w życiu przytrafiło. — Ale dobrze, że tu se siedzicie, bo jeszcze ktoś by sie u Flintów znalazł, faktycznie. A porządni się wydajecie, to nie ma co, żeby was coś złego spotkało. Na zimne czasem warto dmuchać, nie? — zapytał jeszcze. — Sam bym tego Jima z wami, no wiesz. Jakbym wiedział gdzie, to nawet bym wam pomógł… — i w tym momencie po sali poniósł się głos. Atreus zmarszczył brwi i się odwrócił, próbując zlokalizować spojrzeniem o co ten cały zamęt.
Sukces!
Victoria. Atreus uniósł brew, a potem się roześmiał i poklepał Ruiriego po ramieniu.
— No, no. Niezła panna. Twój brat to ma gust. Ale chyba trochę ryzykownie jak się tak obnosi z tymi dwoma, a ta trzecia go przychodzi szukać. Żebyście się jej tylko nie pomylili.