Uśmiechnęła się krótko, na uwagę Vakela, myśląc sobie, że może i nie była żadną wybitną aktorką, za to potrafiła całkiem dobrze ukrywać swoje emocje i po prostu nie była tak łatwa do rozczytania przez postronnych, natomiast stres musiał się w niej odbijać w jakiś sposób. Niewyspanie również, bo godziny pracy w ostatnim miesiącu miała raczej mocno niestandardowe, a stres i problemy związane z kamienicą na Pokątnej też nie wpływały dobrze… Ale zaczynała widzieć słońce na horyzoncie, choć oczywiście bardziej metaforyczne, październik w końcu przywitał ich typową dla Anglii jesienią: ciemnym i ciężkim od chmur niebem i deszczem, który tylko momentami dawał trochę odpocząć. Jak choćby dzisiejszego wieczoru.
– Nie mam nawet powodu, by to kryć – powiedziała za to, przyglądając się przy tym Dolohovi. – Natomiast cieszę się, że widzę cię w zdrowiu i dobrym humorze. Mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej – tak ogólnie lepiej. W Anglii, Wielkiej Brytanii. Że ludzie podniosą się z tej tragedii, że się odbudują. Niektóre straty były nie do odzyskania, ale jeśli cokolwiek można było powiedzieć o ludziach to to, że doskonale się adaptowali do sytuacji i warunków, przed którymi stawiał ich los.
Zrobiła już krok za nim, kiedy zatrzymała się, równie nagle co Vasilij, zdążyła się z nim tylko zrównać i zauważyła tę… dziwną zmianę. To jak uśmiech na jego twarzy znikł nagle i wyglądał, jakby był… nieobecny. To znaczy był tutaj ciałem, jak najbardziej, ale nie duchem.
I miała skojarzenie z tym, co zobaczyła na sławnym już pojedynku te dwa miesiące temu – jak Dollohov nagle zrobił się nieobecny, a później gdzieś poszedł.
Teraz natomiast… Stał przed schodami i wyglądał tak, jakby miał się zaraz osunąć po ścianie, a prawdę mówiąc Lestrange w odruchu już wyciągała rękę, by go w razie czego złapać i przytrzymać. Ale chyba nie było to potrzebne, biorąc pod uwagę, że jedna z pracownic Praw Czasu również to zauważyła i najwyraźniej lepiej wiedziała, jak sobie z tym radzić, ale jasnowidz ją odesłał.
– Dobrej nocy – pożegnała ją Victoria i lekko przekrzywiła głowę, przyglądając się Vasilijowi. – Nie szkodzi. Na pewno wszystko dobrze? Wyglądałeś, jakbyś zobaczył coś, co… jest trudne. To zawsze tak wygląda? – Victoria nie bardzo znała się na jasnowidzeniu, właściwie jedyny wróżbita, którego darzyła większym szacunkiem, to był właśnie Vakel. Oczywiście znała również Morpheusa… Swego czasu, gdy była jeszcze gówniarzem i szlajała się z Brenną, starszy jasnowidz miewał na nie oko (a może nawet i troje oczu), ale ich relacja była raczej luźna. Vakela, na swój sposób, znała trochę lepiej, ze względu na Lyrę. – Może być na zewnątrz – dodała jednak i uśmiechnęła się do czarodzieja. – To całkiem przyjemny wieczór, nie pada i jest chyba… hmm… nie aż tak zimno, ale trudno mi powiedzieć, prawdę mówiąc – westchnęła i powiedziała to niemal przepraszająco, czekając, aż Vakel odłoży książkę, zgarnie swój płaszcz i będą gotowi do wyjścia.
– Wybieracie się na bal? – zagadnęła go, gdy już byli na zewnątrz. Miała, rzecz jasna, na myśli bal maskowy, który miał się odbyć za trzy dni.