Prawdopodobnie oboje czuli się w tej rozmowie niezbyt komfortowo, bo zadra była zbyt świeża. Przy czym Lestrange dostrzegła, że Atreus uśmiechnął się sztucznie, ale nawet się nie wysiliła, by mu odpowiedzieć tym samym. Po prostu mierzyła go przez moment spojrzeniem, nim zabrała się do porządkowania tego biurka, bo przecież go tak nie zostawi w nieładzie (to był nieład według niej, a nie wedle standardów nieładu), gdy od niego odchodzi (jeszcze by ktoś sobie coś pomyślał i co by było…).
Myślał sobie po Spalonej Nocy – o, to było dobre, ale i ona powstrzymywała się od niepotrzebnych komentarzy, bo tylko by się pokłócili bardziej. Poza tym przecież oczywistym było, że Spalona Noc dotknęła go mocno. Pod pewnymi względami nawet mocniej, niż ją, bo co prawda jego straty nie były materialne, ale całkowicie nieodwracalne. I Victoria nawet nie chciała sobie wyobrażać, co musiał czuć… nie bez powodu zresztą, gdy wrócił do pracy, to go zajmowała rzeczami, żeby tylko miał wymówkę i nie siedział sam ze sobą.
Wysłuchała go więc bez komentarzy i bez przerywania. Tak, potrzebowali skoncentrowania na Śmierciożercach, nie miała co do tego wątpliwość. Czemu natomiast wpadał na ten pomysł Atreus, a nie chociażby szefostwo Departamentu, czy nawet Ministra? Czy nie było oczywistym, że już dawno taka jednostka powinna zostać stworzona?
– Okej – powiedziała po chwili. – A jakieś inne zadania czy zobowiązania wchodzą w grę? Czy od rana do nocy cały czas zajmujemy się tylko Śmieciuchami? – i całkiem celowo nie wymówiła literki r. Miała już kilka ksywek dla popleczników Voldemorta. – Niewymowni w ogóle będą chętni do pomocy? Wyciągnięcie z nich czegoś to sztuka – poza tym… w jaki sposób mieli się przydać?