— A no w sumie. Czasem zapominam jak tam mało czarodziejów — mruknął, bo taka była prawda. Ba, nawet w Londynie wydawało się momentami, że wszyscy się znają, a nawet jeśli były to tylko trzy ulice (głównie) to zagęszczenie było bardzo, ale to bardzo spore. Tutaj był czarodziej na czarodzieju, dosłownie, a w takiej Dolinie stały wielopokoleniowe domy, rosły sady i wszystko to jakoś było nieco rozwodnione. Człowiek miał miejsce żeby oddychać. Atreus Botta nigdy nie poznał i też go do tego nie ciągnęło, ot kucharz, ale mógł wyobrazić sobie że jeśli już w Dolinie wszyscy się znali, to jego obecność przeplatała się przynajmniej w tle. — Dlaczego nie? Wydaje się porządną restauracją. Obiadów nie jadasz? — biorąc pod uwagę jak zawsze gdzieś biegła, to nawet by się nie zdziwił. Ba, on też jadał je ostatnio rzadziej, głównie dlatego że nie spędzał każdego dnia w rodzinnej kamienicy. Nawet wtedy mu się zdarzało regularnie je omijać, bo przecież na służbie nie było czasu. Człowiek gdzieś szedł, coś robił i zamiast regularnego posiłku wlatywał co najwyżej kubek kawy.
— Czy ja wiem czy tak szykuje? Anthony jedzie tam w delegację chyba. Bierze ze sobą paru prawników i innych przeszkadzaczy, a ja mam jechać razem z nimi — wzruszył ramionami. Po prawdzie trochę już zdążył zapomnieć jaki był konkretny cel tej imprezy, a niezależnie od tego traktował to nieco jako wakacje. — Aaa, umowa handlowo-pomocowa ze Szwajcarią? Prośba by uzupełnili nieco nasze braki po Spalonej — czy jakoś tak. — Ale nie jest to jakiś długi wyjazd. Wracam dwudziestego szóstego. Jak chcesz to mogę ci potem powiedzieć co tam dokładnie ma być robione, bo teraz to nie pamiętam.