- Coś Ty, kwiaty i tak szybko zdechną, a eliksiry na pewno się przydadzą, to najlepszy prezent jaki mogłeś wybrać. - Nie wątpiła, że Lupin idealnie trafił w gust jej matki. Lizzy podczas swojej pracy nabawiała się wielu urazów, więc mikstury były czymś, co faktycznie było dla niej przydatne. Jako, że kobieta miała naprawdę dużo pieniędzy nie przywiązywała wagi do rzeczy materialnych, a eliksiry stworzone specjalnie dla niej - na pewno doceni taki gest.
Heather miała świadomość, że ostatnio było o nich głośno, pojawiały się te wszystkie, nieszczęsne artykuły, ale jej mama była do tego przyzwyczajona. Nie wierzyła w to, co wypisywali dziennikarze, sama bowiem była od wielu lat na świeczniku i zdawała sobie sprawę, że większość tych wybitnych artykułów to były informacje wyssane z palca. Rozmawiały o tym nieraz i często śmiały się z tego, co przyszło im czytać na swój temat.
- Myślę, że będą zachwyceni, te smaki brzmią całkiem obiecująco, na pewno nie będą nimi pluć, a to już spory sukces. - Mieli ogromne szczęście, że to właśnie Cameron został jej narzeczonym, kto inny mógłby się poszczycić przyszłym zięciem, który potrafił stwarzać smakowite eliksiry leczące? No mało kto. To mogło ułatwić ich życie, jak wiadomo większości z tych mikstur nie dało się przełknąć, więc to miało być całkiem miłą odmianą.
Zjawili się w końcu w progu mieszkania Woodów. Ruda była u siebie, zachowywała się więc jak zawsze - nieco zbyt głośno, ale zamierzała ogłosić matce, że już się tutaj pojawili.
- Nigdy nie wiadomo, Lizzy często znika, bo gdzieś, ktoś akurat potrzebuje jej osoby. - Matka Heather zajmowała się różnymi fundacjami charytatywnymi, nigdy nie odmawiała, kiedy proszono ją niespodziewanie o to, aby pojawiła się w szpitalu na oddziale dziecięcym, czy w jakimś domu dziecka. Nie byłoby więc nic dziwnego, gdyby nagle musiała gdzieś wyjść. Liczyła jednak na to, że faktycznie ją zastaną, skoro się z nimi umówiła. - Chociaż skoro się z nami umówiła, to powinna być gdzieś w mieszkaniu. - Raczej nie należała do osób, które wystawiały członków swojej rodziny.
- Trochę, parę mioteł, trochę ubrań, jakieś pierdolety. - Musiała się nad tym trochę dłużej zastanowić, a w sumie nie miało to sensu, bo wystarczyło po prostu wejść do jej pokoju i sprawdzić co zostało.
W końcu z głębi mieszkania można było usłyszeć dźwięk zbliżających się kroków. Elizabeth Wood szła w ich stronę całkiem szybkim krokiem, ogromny uśmiech gościł na jej twarzy. Naprawdę cieszyła się z ich wizyty. - Witajcie. - Powiedziała głośno, po czym przytuliła na powitanie najpierw Heather, a później Camerona.