Stracił wątek jakoś w połowie jej monologu.
Morpheus zatrzymał się tak nagle, jakby schody pod jego stopami przemieniły się w szkło cienkie niczym lód na zimowej kałuży.
Nie.
To nie działo się naprawdę.
A jednak jego serce tłukło sięw piersi z taką siłą, jakby próbowało wyrwać się na wolność. Każde uderzenie rozbrzmiewało mu w uszach głucho i ciężko, zagłuszając wszystko inne. Wszystko oprócz żaru, pękających ścian i dymnych omamów. To widział doskonale pod zaciśniętymi powiekami.
Powietrze zgęstniało i nagle nie potrafił nabrać go do płuc. Wdychał je zachłannie, raz za razem, ale każdy oddech wydawał się za płytki, zbyt mały dla ciała, które ogarniała coraz większa panika. Kolana ugięły się pod nim i przycisnął dłoń do ściany. Ściany chłodnej, twardej i rzeczywistej.
[Lęk wspinał się po nim powoli, elegancko niemal, jak stary kochanek wracający do dawno opuszczonego domu. Oplatał żebra. Zaciskał palce na gardle. Jeszcze chwila. Jeszcze jeden oddech.
— Nic mi nie jest. Po prostu… też widzę rzeczy. Po Spalonej Nocy — w końcu przyznał się do tego głośno. Antoniuszowi nie musiał mówić, Anam Cara szybko zorientował się, co się dzieje z przyjacielem, gdy tylko w jego pobliżu zapłonie ogień, a czasem, jak teraz, i bez niego. Ale większość nie wiedziała, chociaż był pewien, prawie, że czują to samo. Ten strach. Te wizje.
— Po prostu niefortunna lokalizacja. Ale jakie piękne miejsce żeby się wykrwawić po upadku. Malownicze.
Mimo wszystko humor mu dopisywał, albo próbował zabić wszystko dookoła siebie kiepskimi żartami. Jedno z dwóch albo oba.
— Co mówiłaś, mogłabyś powtórzyć?