08.06.2026, 19:39 ✶
— Jak Matki pozwoli, to już niedługo do nas wrócą — odparła na słowa ciotki Helloise. — Przy odrobinie szczęścia do zakończenia VII roku nie napytają sobie wystarczająco wielu problemów, żeby zostać w szkole na dodatkowy rok. To byłaby prawdziwa tragedia.
Nie orientowała się zbytnio w tym, jak młodsze rodzeństwo stało obecnie ze stopniami o ocenę z zachowania, ale zamierzała o to rozpytać dzieciaki podczas tegorocznego Yule. Wprawdzie istniało spore prawdopodobieństwo, że zignorują cały posiadany przez nią autorytet starszej siostry i po prostu odmówią udzielenia takowych informacji, acz spróbować nie zaszkodziło, prawda? Przecież nie była aż taką jędzą, żeby na wzmiankę o pierwszym Trollu pójść na skargę do ojca.
Skinęła głową na słowa reszty rozmówców. Nie potrafiłaby powiedzieć, za jakim sabatem przepadała najmniej. Z oczywistych względów te, które musiała spędzać z dala od rodziny, kojarzyły jej się najmniej pozytywnie, ale czy to znaczyło, że powinna nie znosić Beltane czy Ostary? Chyba faktycznie powinna się nad tym głębiej zastanowić.
— Imbolc najbardziej do mnie przemawia — przyznała Helena, odkładając sztućce na bok. — Kojarzy mi się z transformacją i cyklem zmian jeszcze bardziej niż Samhain. W Imbolc jest coś… delikatniejszego. Bardziej osobistego. Nie chodzi o wielką, dramatyczną przemianę, tylko o takie… ciche odrodzenie się i wkroczenie na nową ścieżkę. O moment, kiedy coś się zmienia w danej osobie, ale jeszcze nikt nie może tego dostrzec gołym okiem.
Upiła nieco z kieliszka, marszcząc brwi, jakby wiedziała, że o czymś zapomniała.
— Na zajęciach z Historii Magii widziałem kiedyś obraz przedstawiający jedną z dawnych arcykapłanek na górze skutej lodem, ale wciąż otoczoną pełnym słońcem — dodała dziewczyna. — Za każdym razem, kiedy myślę o Imbolc, to widzę ten sam widoczek przed oczami.
Taktownie zniżyła głos, gdy przeszli do tematu Spalonej Nocy. W gruncie rzeczy nie miała od siebie zbyt wiele do dodania: nie posiadała w Londynie żadnych lokali, toteż mogła co najwyżej posiłkować się plotkami lub doniesieniami od znajomych i krewnych. Wiedziała też, że mieszkając aż w Walii, nawet gdyby jej rodzinny dom z jakiegoś powodu ucierpiał, to straty w stolicy i tak były dużo, dużo wyższe.
— Nie zauważyłam żadnych śladów po pożarach w Llanberis — napomknęła, zerkając kątem oka na ojca.
Wprawdzie ten znaczną część doby spędzał w kuźni, ale kto wie, może jemu rzuciło się coś w oczy? Z drugiej strony, gdyby ogień dotarł tak daleka, to byłaby gotowa uznać to za spore osiągnięcie podpalaczy. Spalenie kilku domostw na tak dalekiej prowincji sugerowałoby, że naprawdę nie lubią kogoś z tamtych okolic. Psidwak z kulawą nogą mógłby ominąć tę wioskę, a co dopiero piroman.
Nie orientowała się zbytnio w tym, jak młodsze rodzeństwo stało obecnie ze stopniami o ocenę z zachowania, ale zamierzała o to rozpytać dzieciaki podczas tegorocznego Yule. Wprawdzie istniało spore prawdopodobieństwo, że zignorują cały posiadany przez nią autorytet starszej siostry i po prostu odmówią udzielenia takowych informacji, acz spróbować nie zaszkodziło, prawda? Przecież nie była aż taką jędzą, żeby na wzmiankę o pierwszym Trollu pójść na skargę do ojca.
Skinęła głową na słowa reszty rozmówców. Nie potrafiłaby powiedzieć, za jakim sabatem przepadała najmniej. Z oczywistych względów te, które musiała spędzać z dala od rodziny, kojarzyły jej się najmniej pozytywnie, ale czy to znaczyło, że powinna nie znosić Beltane czy Ostary? Chyba faktycznie powinna się nad tym głębiej zastanowić.
— Imbolc najbardziej do mnie przemawia — przyznała Helena, odkładając sztućce na bok. — Kojarzy mi się z transformacją i cyklem zmian jeszcze bardziej niż Samhain. W Imbolc jest coś… delikatniejszego. Bardziej osobistego. Nie chodzi o wielką, dramatyczną przemianę, tylko o takie… ciche odrodzenie się i wkroczenie na nową ścieżkę. O moment, kiedy coś się zmienia w danej osobie, ale jeszcze nikt nie może tego dostrzec gołym okiem.
Upiła nieco z kieliszka, marszcząc brwi, jakby wiedziała, że o czymś zapomniała.
— Na zajęciach z Historii Magii widziałem kiedyś obraz przedstawiający jedną z dawnych arcykapłanek na górze skutej lodem, ale wciąż otoczoną pełnym słońcem — dodała dziewczyna. — Za każdym razem, kiedy myślę o Imbolc, to widzę ten sam widoczek przed oczami.
Taktownie zniżyła głos, gdy przeszli do tematu Spalonej Nocy. W gruncie rzeczy nie miała od siebie zbyt wiele do dodania: nie posiadała w Londynie żadnych lokali, toteż mogła co najwyżej posiłkować się plotkami lub doniesieniami od znajomych i krewnych. Wiedziała też, że mieszkając aż w Walii, nawet gdyby jej rodzinny dom z jakiegoś powodu ucierpiał, to straty w stolicy i tak były dużo, dużo wyższe.
— Nie zauważyłam żadnych śladów po pożarach w Llanberis — napomknęła, zerkając kątem oka na ojca.
Wprawdzie ten znaczną część doby spędzał w kuźni, ale kto wie, może jemu rzuciło się coś w oczy? Z drugiej strony, gdyby ogień dotarł tak daleka, to byłaby gotowa uznać to za spore osiągnięcie podpalaczy. Spalenie kilku domostw na tak dalekiej prowincji sugerowałoby, że naprawdę nie lubią kogoś z tamtych okolic. Psidwak z kulawą nogą mógłby ominąć tę wioskę, a co dopiero piroman.