08.06.2026, 00:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.06.2026, 00:25 przez Benjy Fenwick.)
Burza była już praktycznie nad nami, dokładnie taka, jakie zawsze lubiłem najbardziej, gwałtowna, nieprzewidywalna i pozbawiona jakiejkolwiek subtelności. Spojrzałem przez okno, za którym niebo przecięła jasna błyskawica, rozcinając granat chmur i rozświetlając wrzosowiska ostrym, srebrzystym światłem. Jeszcze niedawno prawdopodobnie szukałbym wymówki, żeby zająć czymś ręce, głowę albo całego siebie, teraz perspektywa spędzenia kilku spokojnych godzin w rezydencji wydawała mi się podejrzanie kusząca. Nie próbowałem się nawet łudzić, co było przyczyną tego stanu - zaledwie kilka tygodni temu podobna bliskość wydawałaby mi się czymś nierealnym, należącym do alternatywnej rzeczywistości, w której ludzie nie komplikowali wszystkiego do granic możliwości, teraz zaś obejmowałem Prue bez zastanowienia, a kiedy wtuliła się pod moje ramię, nie pojawił się we mnie nawet cień dystansu, wręcz przeciwnie, miałem nieodparte wrażenie, że właśnie tam było jej miejsce. Ta myśl była równie przyjemna, co niebezpieczna - niebezpieczna dlatego, że zaczynałem się do niej przywiązywać szybciej, niż powinienem. Nie mówiłem tego na głos, nie chciałem psuć tej chwili analizowaniem rzeczy, które i tak siedziały mi gdzieś z tyłu głowy, wystarczająco dużo czasu zmarnowaliśmy już na niedopowiedzenia, ostrożność i udawanie, że pewne sprawy nie istniały, kiedy w rzeczywistości były obecne przez cały czas, tylko żadne z nas nie chciało spojrzeć im prosto w twarz.
Kiedy sowa odleciała po dostarczeniu przesyłki, odprowadziłem ją wzrokiem przez moment, obserwując, jak znika pomiędzy coraz cięższymi kroplami deszczu, chwilę później zamknąłem okno, odcinając od kuchni wyjący wiatr, który jeszcze przed sekundą próbował wedrzeć się do środka razem z burzą. Deszcz zaczął już bębnić o szyby z taką siłą, że niemal zagłuszał wszystko inne, lecz nie te konkretne słowa… To, że Prudence wolałaby, żebym nigdzie teraz nie wychodził, było absurdalnie miłe do usłyszenia, może szczególnie dlatego, że nie pamiętałem, kiedy ostatni raz ktoś mówił to w taki sposób, nie z obowiązku, nie dlatego, że wymagała tego przyzwoitość, ale dlatego, że zwyczajnie chciał mojej obecności. Coraz częściej łapałem się na tym, że zwyczajnie lubiłem słyszeć podobne rzeczy z jej ust, nawet jeśli rozsądniejsza część mojego umysłu sugerowała, że przywiązywanie się do nich mogło - a nawet wręcz musiało - być bardzo głupim pomysłem.
Parsknąłem cichym śmiechem, kiedy zapytała, czy często dostawałem groźby śmierci, ale odpowiedź przyszła mi odrobinę wolniej niż zwykle - spojrzałem na nią i od razu zauważyłem tę troskę, której chyba nawet specjalnie nie próbowała ukrywać, to było coś, do czego nadal nie potrafiłem się przyzwyczaić. Przez większość życia radziłem sobie sam, a jeśli ktoś martwił się o mnie, zwykle kończyło się to wykładem o moim braku rozsądku, w jej wykonaniu wyglądało to inaczej, dopiero kiedy zadała to pytanie, zdałem sobie sprawę, jak absurdalnie normalna stała się dla mnie pewna część rzeczywistości, która dla większości ludzi powinna brzmieć co najmniej niepokojąco.
Opuściłem wzrok na kopertę obracaną między palcami, a potem wzruszyłem lekko ramionami.
- Częściej, nisz powinno. Szadziej, nisz mogłoby. - Przyznałem bez większego dramatyzmu. -Większość ludzi, któszy naplawdę chcą mnie zabić, zwykle nie upszedza o tym listownie. - Uniosłem lekko brew, bo sposób, w jaki zmrużyła oczy, przypominał mi uzdrowiciela próbującego ocenić, czy pacjent właśnie całkowicie świadomie powiedział coś niepokojącego, czy po prostu nieświadomie nie był do końca stabilny i mógł tym zrobić sobie głębszą krzywdę. W moim przypadku obie możliwości zwykle pozostawały równie prawdopodobne, dlatego nie mogłem mieć jej za złe tej ostrożności, byłem jej też winien uściślenie, z którym pospieszyłem. - Znaczy, zaleszy od oklesu. Bywały epizody, kiedy ludzie chcieli mnie zabiś znacznie balsiej nisz zwykle, ale na szczęście większość miała na tyle pszyzwoitości, szeby plóbować zlobiś to osobiście. Ci najbalsiej…Swojscy na pewno pszyszliby osobiście, jeśli o to pytasz, nie pisaliby mi listów miłosnych. Jest w tym pewna stalomodna elegancja, wiesz, któlą najwylaśniej nadal cenią. Ja zlesztą tesz, znasz mnie, nie wieszę w puste słowa. - Mówiłem to tonem tak swobodnym, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie albo cenach dyni na targu, co samo w sobie było prawdopodobnie niepokojącym świadectwem tego, do jakich rzeczy zdążyłem się przyzwyczaić przez ostatnie lata, ale gdzieś pod tym żartem kryła się prawda. Przez lata rzeczywiście zdążyłem nadepnąć na wystarczająco wiele odcisków, żeby przestać liczyć ludzi, którzy życzyli mi wszystkiego najgorszego, nigdy jednak nie przywiązywałem do tego większej wagi. Listownie częściej dostawałem skargi, pretensje albo wyjątkowo kreatywne opinie na temat mojego charakteru, raz pewien człowiek zapisał nawet trzy strony pergaminu wyłącznie po to, żeby wyjaśnić mi, dlaczego jestem największym kretynem, jakiego spotkał w życiu. Nadal uważałem, że włożył w to więcej wysiłku niż ja w większość szkolnych wypracowań. Po tylu doświadczeniach człowiek albo uczył się śmiać z podobnych rzeczy, albo kończył jako kłębek nerwów zamknięty w przerażająco jasnym pomieszczeniu, a ja wolałem być pojebany tylko w tym zdrowym sensie.
- Oczywiście, sze obiecaliby mi pałac. - Pokiwałem głową z całkowitą powagą. - Plawdopodobnie taksze siedem skszyń złota, tszy wielbłądy i lękę jakiejś niezwykle pięknej księszniczki, któla od pielwszego wejszenia zakochałaby się w moich niekwestionowanych walolach osobistych. - Zawiesiłem głos na moment. - Chociaż telas, kiedy się nad tym zastanawiam, mosemy mieś dosyś nieslęczny konflikt intelesów. Mam wlaszenie, sze moja obecna dziewczyna miałaby pewne uwagi do tej części umowy. - Spojrzałem na nią znacząco, chyba ta wersja z księciuniem też nie była aż tak dobra?
Jej następne słowa wywołały kolejny uśmiech, odkąd wróciliśmy znad jeziora, towarzyszyło mi dziwne poczucie lekkości, którego nie potrafiłem ani wyjaśnić, ani całkowicie od siebie odsunąć. Było irracjonalne, może nawet trochę niebezpieczne, ale nie miałem najmniejszej ochoty się go pozbywać. Zawartość koperty nadal pozostawała tajemnicą, ale coraz bardziej miałem wrażenie, że jej autor wybrał wyjątkowo kiepski moment na próbę zwrócenia na siebie mojej uwagi.
W tym świetle widziałem wyraźniej każdy szczegół twarzy kobiety przede mną, każdy cień układający się pod jej rzęsami i ten znajomy uśmiech, który ostatnio coraz częściej stawał się przyczyną mojego własnego.
- Oczywiście. - Odparłem z tak wyraźną ugodowością, że sama w sobie była już kpiną. - Nie sugelujesz absolutnie niczego. - Sarkazm nadal był obecny, żarty również, ale pod nimi znajdowało się coś znacznie bardziej miękkiego i znacznie trudniejszego do ukrycia. Nie potrafiłem przestać się uśmiechać, to było chyba najgorsze, przy niej coraz częściej łapałem się na tym, że wszystkie moje starannie pielęgnowane mechanizmy obronne zwyczajnie przestawały działać tak dobrze, jak mogłoby sobie tego życzyć moje rozsądne, zdystansowane i niezależne ja. Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy dzieliła nas już naprawdę niewielka odległość - przynajmniej teoretycznie, gdyż nadal musiała lekko unieść głowę, żeby na mnie patrzeć - przez chwilę po prostu odwzajemniałem spojrzenie. Im dłużej to trwało, tym trudniej było mi przypomnieć sobie, dlaczego jeszcze kilka miesięcy temu uważałem utrzymywanie dystansu za tak świetny pomysł…
- Dla mnie to tesz szokujące. - Odparłem gładko, kręcąc głową. - Wyoblaś sobie, co czuję… Tyle lat cięszko placowałem na leputację człowieka nieodpowiedzialnego, samolubnego i sklajnie ilytującego, a telas okazuje się, sze moje wady zaczynają działaś na moją koszyść. - Uniosłem kącik ust, przez krótką chwilę milczałem, słysząc jedynie deszcz uderzający o szyby i niski pomruk grzmotu gdzieś nad wrzosowiskami. Obracałem kopertę pomiędzy palcami, przyglądając się jej uważniej, nadal nie widziałem żadnego adresu zwrotnego ani niczego, co pozwalałoby od razu rozpoznać nadawcę - to samo w sobie było wystarczająco dziwne, żeby wzbudzić moją ciekawość, ale nie na tyle, by przyćmić dobry nastrój, który towarzyszył mi od rana.
Powinienem był od razu otworzyć ten list.
Powinienem był sprawdzić, czego dotyczyła wiadomość.
Powinienem był zainteresować się czymkolwiek innym…
Tyle że w tej chwili wszystko wydawało się znacznie mniej interesujące od kobiety stojącej przede mną, a to było teoretycznie dużo bardziej niebezpieczne od jakiejkolwiek groźby - coraz częściej odkrywałem, że nie przeszkadzał mi ten fakt tak bardzo, jak powinien…
- Jeszeli okasze się, sze to coś s Ministelstwa, przeczytasz to za mnie. - Oświadczyłem wreszcie całkowicie poważnym tonem, nie pytałem, ponieważ nie widziałem takiej potrzeby, wystarczył sposób, w jaki wymownie zmrużyłem oczy - oboje byliśmy zaciekawieni, nie miałem przed nią żadnych tajemnic, przynajmniej nie takich, których bym jej już nie wyjawił. - Mam silną alelgię na dokumenty państwowe, zwłaszcza podatki i kwestie zezwoleń, i jako odpowiedzialna osoba powinnaś mnie pszed nimi chloniś. Wiesz o tym? - Dopiero po chwili uniosłem list nieco wyżej i spojrzałem na niego z teatralnym westchnieniem, potem opuściłem wzrok na kopertę i wsunąłem palec pod częściowo rozklejony pasek papieru, gotów wreszcie sprawdzić, co tak uparcie próbowało odnaleźć mnie tego burzowego popołudnia.
Kiedy sowa odleciała po dostarczeniu przesyłki, odprowadziłem ją wzrokiem przez moment, obserwując, jak znika pomiędzy coraz cięższymi kroplami deszczu, chwilę później zamknąłem okno, odcinając od kuchni wyjący wiatr, który jeszcze przed sekundą próbował wedrzeć się do środka razem z burzą. Deszcz zaczął już bębnić o szyby z taką siłą, że niemal zagłuszał wszystko inne, lecz nie te konkretne słowa… To, że Prudence wolałaby, żebym nigdzie teraz nie wychodził, było absurdalnie miłe do usłyszenia, może szczególnie dlatego, że nie pamiętałem, kiedy ostatni raz ktoś mówił to w taki sposób, nie z obowiązku, nie dlatego, że wymagała tego przyzwoitość, ale dlatego, że zwyczajnie chciał mojej obecności. Coraz częściej łapałem się na tym, że zwyczajnie lubiłem słyszeć podobne rzeczy z jej ust, nawet jeśli rozsądniejsza część mojego umysłu sugerowała, że przywiązywanie się do nich mogło - a nawet wręcz musiało - być bardzo głupim pomysłem.
Parsknąłem cichym śmiechem, kiedy zapytała, czy często dostawałem groźby śmierci, ale odpowiedź przyszła mi odrobinę wolniej niż zwykle - spojrzałem na nią i od razu zauważyłem tę troskę, której chyba nawet specjalnie nie próbowała ukrywać, to było coś, do czego nadal nie potrafiłem się przyzwyczaić. Przez większość życia radziłem sobie sam, a jeśli ktoś martwił się o mnie, zwykle kończyło się to wykładem o moim braku rozsądku, w jej wykonaniu wyglądało to inaczej, dopiero kiedy zadała to pytanie, zdałem sobie sprawę, jak absurdalnie normalna stała się dla mnie pewna część rzeczywistości, która dla większości ludzi powinna brzmieć co najmniej niepokojąco.
Opuściłem wzrok na kopertę obracaną między palcami, a potem wzruszyłem lekko ramionami.
- Częściej, nisz powinno. Szadziej, nisz mogłoby. - Przyznałem bez większego dramatyzmu. -Większość ludzi, któszy naplawdę chcą mnie zabić, zwykle nie upszedza o tym listownie. - Uniosłem lekko brew, bo sposób, w jaki zmrużyła oczy, przypominał mi uzdrowiciela próbującego ocenić, czy pacjent właśnie całkowicie świadomie powiedział coś niepokojącego, czy po prostu nieświadomie nie był do końca stabilny i mógł tym zrobić sobie głębszą krzywdę. W moim przypadku obie możliwości zwykle pozostawały równie prawdopodobne, dlatego nie mogłem mieć jej za złe tej ostrożności, byłem jej też winien uściślenie, z którym pospieszyłem. - Znaczy, zaleszy od oklesu. Bywały epizody, kiedy ludzie chcieli mnie zabiś znacznie balsiej nisz zwykle, ale na szczęście większość miała na tyle pszyzwoitości, szeby plóbować zlobiś to osobiście. Ci najbalsiej…Swojscy na pewno pszyszliby osobiście, jeśli o to pytasz, nie pisaliby mi listów miłosnych. Jest w tym pewna stalomodna elegancja, wiesz, któlą najwylaśniej nadal cenią. Ja zlesztą tesz, znasz mnie, nie wieszę w puste słowa. - Mówiłem to tonem tak swobodnym, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie albo cenach dyni na targu, co samo w sobie było prawdopodobnie niepokojącym świadectwem tego, do jakich rzeczy zdążyłem się przyzwyczaić przez ostatnie lata, ale gdzieś pod tym żartem kryła się prawda. Przez lata rzeczywiście zdążyłem nadepnąć na wystarczająco wiele odcisków, żeby przestać liczyć ludzi, którzy życzyli mi wszystkiego najgorszego, nigdy jednak nie przywiązywałem do tego większej wagi. Listownie częściej dostawałem skargi, pretensje albo wyjątkowo kreatywne opinie na temat mojego charakteru, raz pewien człowiek zapisał nawet trzy strony pergaminu wyłącznie po to, żeby wyjaśnić mi, dlaczego jestem największym kretynem, jakiego spotkał w życiu. Nadal uważałem, że włożył w to więcej wysiłku niż ja w większość szkolnych wypracowań. Po tylu doświadczeniach człowiek albo uczył się śmiać z podobnych rzeczy, albo kończył jako kłębek nerwów zamknięty w przerażająco jasnym pomieszczeniu, a ja wolałem być pojebany tylko w tym zdrowym sensie.
- Oczywiście, sze obiecaliby mi pałac. - Pokiwałem głową z całkowitą powagą. - Plawdopodobnie taksze siedem skszyń złota, tszy wielbłądy i lękę jakiejś niezwykle pięknej księszniczki, któla od pielwszego wejszenia zakochałaby się w moich niekwestionowanych walolach osobistych. - Zawiesiłem głos na moment. - Chociaż telas, kiedy się nad tym zastanawiam, mosemy mieś dosyś nieslęczny konflikt intelesów. Mam wlaszenie, sze moja obecna dziewczyna miałaby pewne uwagi do tej części umowy. - Spojrzałem na nią znacząco, chyba ta wersja z księciuniem też nie była aż tak dobra?
Jej następne słowa wywołały kolejny uśmiech, odkąd wróciliśmy znad jeziora, towarzyszyło mi dziwne poczucie lekkości, którego nie potrafiłem ani wyjaśnić, ani całkowicie od siebie odsunąć. Było irracjonalne, może nawet trochę niebezpieczne, ale nie miałem najmniejszej ochoty się go pozbywać. Zawartość koperty nadal pozostawała tajemnicą, ale coraz bardziej miałem wrażenie, że jej autor wybrał wyjątkowo kiepski moment na próbę zwrócenia na siebie mojej uwagi.
W tym świetle widziałem wyraźniej każdy szczegół twarzy kobiety przede mną, każdy cień układający się pod jej rzęsami i ten znajomy uśmiech, który ostatnio coraz częściej stawał się przyczyną mojego własnego.
- Oczywiście. - Odparłem z tak wyraźną ugodowością, że sama w sobie była już kpiną. - Nie sugelujesz absolutnie niczego. - Sarkazm nadal był obecny, żarty również, ale pod nimi znajdowało się coś znacznie bardziej miękkiego i znacznie trudniejszego do ukrycia. Nie potrafiłem przestać się uśmiechać, to było chyba najgorsze, przy niej coraz częściej łapałem się na tym, że wszystkie moje starannie pielęgnowane mechanizmy obronne zwyczajnie przestawały działać tak dobrze, jak mogłoby sobie tego życzyć moje rozsądne, zdystansowane i niezależne ja. Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy dzieliła nas już naprawdę niewielka odległość - przynajmniej teoretycznie, gdyż nadal musiała lekko unieść głowę, żeby na mnie patrzeć - przez chwilę po prostu odwzajemniałem spojrzenie. Im dłużej to trwało, tym trudniej było mi przypomnieć sobie, dlaczego jeszcze kilka miesięcy temu uważałem utrzymywanie dystansu za tak świetny pomysł…
- Dla mnie to tesz szokujące. - Odparłem gładko, kręcąc głową. - Wyoblaś sobie, co czuję… Tyle lat cięszko placowałem na leputację człowieka nieodpowiedzialnego, samolubnego i sklajnie ilytującego, a telas okazuje się, sze moje wady zaczynają działaś na moją koszyść. - Uniosłem kącik ust, przez krótką chwilę milczałem, słysząc jedynie deszcz uderzający o szyby i niski pomruk grzmotu gdzieś nad wrzosowiskami. Obracałem kopertę pomiędzy palcami, przyglądając się jej uważniej, nadal nie widziałem żadnego adresu zwrotnego ani niczego, co pozwalałoby od razu rozpoznać nadawcę - to samo w sobie było wystarczająco dziwne, żeby wzbudzić moją ciekawość, ale nie na tyle, by przyćmić dobry nastrój, który towarzyszył mi od rana.
Powinienem był od razu otworzyć ten list.
Powinienem był sprawdzić, czego dotyczyła wiadomość.
Powinienem był zainteresować się czymkolwiek innym…
Tyle że w tej chwili wszystko wydawało się znacznie mniej interesujące od kobiety stojącej przede mną, a to było teoretycznie dużo bardziej niebezpieczne od jakiejkolwiek groźby - coraz częściej odkrywałem, że nie przeszkadzał mi ten fakt tak bardzo, jak powinien…
- Jeszeli okasze się, sze to coś s Ministelstwa, przeczytasz to za mnie. - Oświadczyłem wreszcie całkowicie poważnym tonem, nie pytałem, ponieważ nie widziałem takiej potrzeby, wystarczył sposób, w jaki wymownie zmrużyłem oczy - oboje byliśmy zaciekawieni, nie miałem przed nią żadnych tajemnic, przynajmniej nie takich, których bym jej już nie wyjawił. - Mam silną alelgię na dokumenty państwowe, zwłaszcza podatki i kwestie zezwoleń, i jako odpowiedzialna osoba powinnaś mnie pszed nimi chloniś. Wiesz o tym? - Dopiero po chwili uniosłem list nieco wyżej i spojrzałem na niego z teatralnym westchnieniem, potem opuściłem wzrok na kopertę i wsunąłem palec pod częściowo rozklejony pasek papieru, gotów wreszcie sprawdzić, co tak uparcie próbowało odnaleźć mnie tego burzowego popołudnia.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)